wtorek, 12 marca 2013

Odwiedziny


Ginny była wściekła. Ciuchy miała przemoczone, ponieważ temu kretynowi zachciało się wychodzić na błonia, gdzie chwilę później zaczął padać rzęsisty deszcz. Humor miała zepsuty, a obok niej jakby nigdy nic szedł Ślizgon. Na dodatek pokłóciła się z Harrym. Jak to wszystko musiało wyglądać w jego oczach… Oczywiście nie miała zamiaru tak łatwo darować tego wszystkiego Blaise’owi, i żeby wytrącić go z tego stoickiego spokoju zaczęła gadać.
- …Właściwie nie wiem, co ty sobie wyobrażasz. Jeśli to ma być randka, to jest naprawdę słaba. Mam całe przemoczone ciuchy i nie mam humoru, a ty nawet nie pomagasz mi go odzyskać. Ja wiem, że Ślizgoni są okropni i wszystko zawsze psują. Ty oczywiście też musiałeś nieźle namieszać. Pokłóciłam się przez ciebie z Harrym. Wyobraź sobie jak to wszystko musiało wyglądać w jego oczach! Ja, czarownica czystej krwi nienawidząca Ślizgonów i nie mająca nic do osób z mugolskich rodzin wychodzę sobie wieczorem ze Ślizgonem, który nienawidzi wszystkiego, co ma lub miało związek z mugolami. Na dodatek jesteś przyjacielem Malfoya, który wciąż jest niezbyt lubiany przez Harry’ego…
- Czy ty zawsze tyle gadasz? – przerwał jej udając spokój. Tak naprawdę bardzo bawiło go zachowanie dziewczyny.
- Tak zawsze, więc lepiej daj sobie spokój, bo to nic nie da
- Ja przecież nic nie robię, ale sądząc po twojej długiej wypowiedzi to myślisz, że jesteśmy na randce
- No, a nie? Niby co to ma być jak nie jakaś najgorsza randka na świecie?
- To ja powiem tyle Wiewiórko, że to żadna randka nie jest. A teraz siedź cicho i masz, załóż to – mówiąc to zdjął z siebie i tak już przemoczoną kurtkę i podał Ginny.
- No chyba nie? Nie wezmę czegoś, co należy do Ślizgona.
- Jesteś okropna.
- Gdybym była, to nie umawiałbyś się ze mną – uśmiechnęła się wrednie i rzuciła kurtką w chłopaka. Ten popatrzył na nią z szelmowskim uśmieszkiem.
- Właśnie zdałem sobie sprawę, że nigdzie z tobą więcej nie wyjdę.
- I bardzo się z tego cieszę – odgryzła się.
- Co nie zmienia faktu, że masz to teraz założyć – odparł spokojnie Blaise. Zawsze starał się nie pokazywać jawnie swoich uczuć i być opanowanym, ale czuł, że ta Gryfonka coraz bardziej go denerwuje. I intryguje.
- Nie chcę jej.
- Masz ją założyć i tyle – warknął.
- Powiedziałam nie! – odpyskowała dziewczyna. Spojrzał na nią gniewnie poczym zarzucił kurtkę na ramiona Ginny.
- Ładnie ci w skórze – puścił jej oczko widząc jak świetnie wygląda. Miała dość mocny, czarny makijaż i groźne spojrzenie, a długie, gęste i rude włosy spływały jej po plecach i okalały twarz. Wyglądała jak niegrzeczna dziewczynka, która w każdej chwili może wejść na motor i cię przejechać z szaleńczym uśmiechem na twarzy. Szczerze mówiąc widząc jej minę stwierdził, że bez problemu mogłaby to zrobić teraz z nim.
- Powiedziałam, że jej nie chcę! – warknęła i zdjęła z ramion czarną, skórzaną kurtkę i rzuciła na ziemię prosto w błoto. Popatrzyła mu wyzywająco w twarz. Spodziewała się wszystkiego, ale nie tego, co stało się chwilę później. Zabini popatrzył na nią wściekły i siłą związał z tyłu ręce, by po chwili położyć ją na błotnistej ziemi, mimo głośnych krzyków i kopnięć dziewczyny.
- Co to miało być, Weasley? – warknął groźnie.
- Trzeba było mnie posłuchać – syknęła. Chwyciła chłopaka za koszulkę i mocno pociągnęła. Zabini wylądował obok niej cały uwalony błotem.
- Nie daruję ci tego – wypluł ziemię z ust i rzucił się na dziewczynę przygniatając do ziemi. Zaczęły się zapasy. Ani Gryfonka, ani Ślizgon nie mieli zamiaru przegrać. Ginny wykorzystywała swoją drobną sylwetkę i niezwykłą siłę jak na dziewczynę. Na chwilę górowała nad Zabinim siedząc mu okrakiem na brzuchu i uśmiechając się wrednie, gdy zobaczyła jego zaciętą minę.
- A jednak potrafisz okazywać jakiekolwiek emocje – syknęła wrednie i po chwili znów leżała na mokrej ziemi przygnieciona ciałem chłopaka.
- Zdziwiłabyś się, gdybyś mnie bliżej poznała – uśmiechnął się perfidnie.
- Nie mam zamiaru – odparła oburzona i zgięła nogę, by uderzyć Zabiniego w kroczę. Ten jednak szybko zdążył ją unieruchomić i patrzył na Rudą z drwiącym uśmieszkiem na twarzy.
- Dobra jesteś, ale nie myśl, że kiedykolwiek wygrasz z chłopakiem, a na dodatek Ślizgonem
- Zobaczymy – warknęła.
- Widzę, że chcesz to powtórzyć
- Co? Nie, oczywiście, że nie chcę, a teraz szybko złaź, bo jeśli nie to pożałujesz, że się urodziłeś ty perfidny, chamski… - Ginny zaczęła walić go za każdym razem, gdy wypowiadała kolejne słowo. Blaise złapał ją na chwilę za rękę.
- Cicho
- O nie, nie uciszaj mnie… - zaczęła. Zdziwiła się, kiedy Zabini dobrowolnie zlazł z niej i wstał rozglądając się czujnie.
- Słyszałaś?
- Niby co? – spytała zdumiona. Nagle usłyszała. Długi, przeraźliwy pisk. Dreszcze przeszły przez jej ciało.
- Szybko – mruknął Blaise i zarzucił na siebie ubrudzoną kurtkę, by po chwili złapać Ginny za rękę i pociągnąć pośpiesznie biegnąc. Dziewczyna ledwo na nim nadążała. Ich oczom ukazała się Wierzba Bijąca, która trzymała w swoich sidłach dziewczynę o długich brązowych włosach. Hermiona. Ginny poznałaby ją wszędzie. Zaczęła panikować. Wyrwała dłoń z ręki Blaise’a i rzuciła się biegiem. Poczuła jak ktoś ją szarpie w pasie i odciąga.
- Co ty robisz?! Ja muszę do niej iść! – krzyczała, jednak Zabiniego już nie było. Biegł w stronę Bijącej Wierzby. Zobaczyła jak wyjął różdżkę i wycelował nią w drzewo. Błysnęło białe światło, a wierzba nagle znieruchomiała. Zabini podbiegł do Hermiony i przeciął gałęzie zaklęciem Diffindo. Podniósł delikatnie nieprzytomną Gryfonkę z ziemi i podszedł szybko do oniemiałej Ginny.
- Mój Boże, musimy jak najszybciej iść do pani Pomfrey! – odparła piskliwym głosem ze łzami w oczach. Hermiona była strasznie blada, a ubrania przesiąknięte miała wodą i krwią. Co się stało? Dlaczego Hermiona się tam znalazła? Czy przeżyje? Musi. Musi przeżyć! Ona jest jej najlepszą przyjaciółką i starszą siostrą. Ginny dręczona tymi myślami nie zauważyła nawet, że znaleźli się w Skrzydle Szpitalnym. Ujrzała przez łzy jak Zabini delikatnie kładzie nieprzytomną Hermionę na jednym z łóżek i tłumaczy szybko pielęgniarce, skąd wzięły się rany na ciele Gryfonki
- Rany są paskudne, ale szybko się ich pozbędę. Potrzebuję tylko trochę czasu – pielęgniarka zaczęła krzątać się i wyciągnęła z półek parę eliksirów.
- Czy nic jej nie będzie? – usłyszała spokojny głos Ślizgona.
- Nic jej nie będzie, ale straciła sporo krwi, więc zapewne będzie musiała poleżeć parę dni, by dojść do siebie – Poppy Pomfrey wlała do ust Hermiony eliksir – A teraz idźcie już, jest strasznie późno
- Nigdzie się nie ruszam, muszę przy niej być – Ginny po raz pierwszy zabrała głos i wzięła delikatnie w rękę zimną dłoń Hermiony.
- Nie może pani tutaj zostać – pani Pomfrey spojrzała ze współczuciem na bladą twarz Ginny. Ruda tak bardzo się przejęła, że nie zauważyła nawet, iż wciąż jest w ciuchach uwalonych błotem. Zresztą, czy to teraz było ważne? Teraz najważniejsza była Hermiona. Pani Pomfrey rzuciła porozumiewawcze spojrzenie Zabiniemu, a chłopak delikatnie wziął dziewczynę za ramię. Drgnęła lekko i poniosła się, a łzy żłobiły jej policzki. Niechętnie opuściła Skrzydło Szpitalne ciągle patrząc w stronę tak bliskiej jej osoby. Zobaczyła jak Ślizgon ze spokojną miną rzuca zaklęcia, by wyczyścić ich z błota. To on uratował Hermionę i zachował zimną krew wtedy, kiedy ona panikowała. Kiedy puściła się biegiem ku Bijącej Wierzbie nie myślała i zapewne ją też spotkałby taki sam los. Był taki spokojny i opanowany. Czuła, że od Ślizgona bije chłód, ale rzuciła mu się na szyję. Musiała mu podziękować. Gdyby nie on, wolałaby nie wiedzieć, co by się stało z nią i Hermioną.
- Dziękuję ci, dziękuję za to, że ją uratowałeś… - szeptała między łzami, a zdziwiony chłopak objął ją w talii. Po chwili dziewczyna wyrwała mu się może zbyt gwałtownie, ale taka pozycja była dla niej dość krępująca. Uśmiechnął się w duchu widząc jej zmieszanie.
- Nie ma za co, Weasley – powiedział tylko – Mam cię odprowadzić?
- Nie, nie dzięki sama dojdę – odparła i wciąż z ciężkim sercem ruszyła w stronę Wieży Gryffindoru.

Hermiona uchyliła lekko powieki i oślepiło ją jasne światło. Umarłam – pomyślała – Umarłam i jestem w niebie. Nagle tępy ból w czaszce zawrócił jej w głowie. Otworzyła całkowicie oczy i z trudem rozejrzała się po jasnym pomieszczeniu. Tu i ówdzie stały duże łóżka zaścielone białą pościelą. Skrzydło Szpitalne. Jak się tu znalazła? Poruszyła się i poczuła szczypanie i ból na całym ciele. Popatrzyła na swoje ramiona. Widniały na nich liczne, dość głębokie rozcięcia, z których najwidoczniej wcześniej sączyła się krew. Wszystko sobie przypomniała. Kłótnia, Hogsmeade, Bijąca Wierzba, potworny ból, białe światło i kroki. Te wspomnienia były takie żywe.
- Widzę, że się już obudziłaś, kochana. Bardzo dobrze, zaraz weźmiesz leki i zażyjesz parę syropów na rany oraz uzupełnienie krwi. Dość dużo jej straciłaś – usłyszała głos i zza parawany wyszła starsza kobieta z butelkami, tabletkami i dzbankiem wody.
- Pani Pomfrey, jak…? – zaczęła Hermiona, ale pielęgniarka szybko jej przerwała.
- Och, dziewczyno oszczędzaj sił i tak jesteś bardzo słaba.
Miała rację. Hermiona była bardzo wyczerpana, ale nie zamierzała rezygnować. Musiała się dowiedzieć jak się tutaj znalazła i kto ją uratował. Popatrzyła na zegarek. Wskazywał godzinę 9. Nagle drzwi od Skrzydła Szpitalnego otworzyły się z hukiem i do środka wpadła gromada ludzi. Harry, Ginny, Daniel, Clemense i… Ron? Dokładnie tak. Rudzielec stał na uboczu razem ze swoją dziewczyną i patrzył na nią zaniepokojony.
- O nie, panna Granger potrzebuje odpoczynku! – krzyknęła i już miała wygonić jej przyjaciół, kiedy Hermiona się odezwała.
- Pani Pomfrey, chciałabym, by zostali – odparła, a kiedy zobaczyła nieprzekonaną minę pielęgniarki dodała – Proszę, tylko parę minut.
Poppy westchnęła i zniknęła w swoim gabinecie mamrocząc pod nosem. Przy łóżku Hermiony od razu zgromadziła się spora liczba osób. Na jej stoliku już zdążyły pojawić się bukiety kwiatów oraz najróżniejsze czekoladki i czarodziejskie smakołyki.
- No więc… - zaczęła powoli nie wiedząc, czego może się spodziewać.
- Wszystko już wiemy. Jak się czujesz? – spytał Harry i usiadł na krześle obok Hermiony, podczas gdy Ginny zajęła miejsce obok niego. Najwidoczniej się już pogodzili, ale wciąż pamiętali ostatnią kłótnię.
- Czuję się w porządku, nie mogę narzekać, w końcu jestem w dobrych rękach, a pani Pomfrey zajmowała się już gorszymi przypadkami
- No dobrze, ale po co tam byłaś…
- … Jak się tam znalazłaś?…
- … Gdzie byłaś?...
- Hej, hej spokojnie nie wszyscy naraz! – powiedziała głośniej Hermiona. Byłam po prostu na błoniach, by się przejść – odparła pomijając fakt, że była w Hogsmeade. Gdyby w pokoju byli tylko Harry i Ginny, to może i by powiedziała, że poszła do wioski przez tunel prowadzący do Wrzeszczącej Chaty, ale nie byli sami. Ron też wiedział o sekretnym przejściu, ale jemu już tak bardzo nie ufała. Właściwie to, co on tutaj robił?
- Co nowego w szkole? – starała się zmienić temat.
- Nic szczególnego. Nie poszliśmy na lekcje, by się z tobą spotkać – powiedziała Ginny wzruszając obojętnie ramionami.
- Opuściliście lekcje?! – Hermiona nie mogła uwierzyć – Jak mogliście to zrobić, tylko po to, by się ze mną spotkać?
- To chyba oczywiste, że jesteś dla nas ważniejsza. Kiedy dowiedzieliśmy się w jakim stanie jesteś… - zaczął Harry.
- A właśnie skąd wiedzieliście? W ogóle kto mnie uratował?
- Ja i Zabini – odpowiedziała Ruda, a w oczach Harry’ego zatańczyły groźne błyski, kiedy usłyszał o Ślizgonie. Hermiona nie mogła się powstrzymać i ponownie zerknęła na Rona. Jego obecność tutaj była dla niej tak dziwna… Ciekawe, czy przyszedł tu z własnej woli, czy też Clemense go tutaj zaciągnęła.
- Przepraszam cię Hermiono, ale quiddich się zbliża. Ja i Ron musimy ćwiczyć… rozumiesz? - bąknął Harry, a Hermiona się uśmiechnęła
- Jasne, że nie będę zła. Macie wygrać dla nas puchar, chłopcy. Nie zniosę wygrany Ślizgonów – odparła i lekko przytuliła Harry’ego na pożegnanie i wydukała jakieś nędzne ‘pa’ do Rona. Clemense wyszła żegnając się z nią i życząc szybkiego powrotu do zdrowia. Ginny uścisnęła ją i pocałowała w policzek, a następnie wyszła za resztą. Hermiona została sam na sam z Danielem. Ostatnio nie czuła się tak komfortowo w jego towarzystwie jak kiedyś. Lubiła go. I właśnie dlatego musi powiedzieć mu prawdę. Nie chciała jeszcze bardziej go tym krzywdzić. A co by było gdyby wczoraj umarła? Odeszłaby i pozostawiła za sobą drogę skrytych tajemnic i kłamstw, a Krukon żyłby z myślą, że nigdy go nie zdradziła i nie okłamała.
- Nie cieszysz się, że przyszedłem? – spytał, wyrywając ją z rozmyślań.
- Cieszę – odpowiedziała beznamiętnie.
- Właśnie widzę. No nic, ja pójdę, bo może niedługo zjawi się twój Malfoy.
- Mój Malfoy? – spytała z niedowierzaniem – Człowieku zastanów się co ty mówisz. Myślałam, że już sobie to wszystko wyjaśniliśmy.
- Wiesz Hermiono, mnie bardzo zaciekawiły jego słowa o zdradzie.
- Podejrzewasz mnie? – spytała z ciężkim sercem. Daniel jednak nie zdążył odpowiedzieć, ponieważ weszła pani Pomfrey i go przegoniła. Krukon wyszedł bez pożegnania. Hermiona westchnęła i odwróciła się przyjmując kolejną dawkę lekarstw. Tego dnia odwiedziła ją Luna z egzemplarzem Żonglera oraz jakimiś smakołykami, a później poruszony Hagrid ze swoimi wypiekami. Dawno go nie widziała i bardzo się ucieszyła na jego widok.
- Cholibka, Hermiono, dobrze żeś nic poważnego sobie nie robiła. Mówiłem już dawno Dumbledorowi, a teraz pani psor McGonagall, żeby wyciąć to ścierwo zanim będzie kolejna ofiara – gadał poruszony zajmując trzy krzesła naraz – Może krajanki? – spytał po chwili.
- Och, nie Hagridzie dziękuję – Hermiona roześmiała się pogodnie – Powiedz mi jak miewa się Kieł i magiczne stworzenia z Zakazanego Lasu? A sklątki tylnowybuchowe? Pamiętam jak wiele kłopotów nam sprawiły na czwartym roku – gadała. Hagrid opowiedział jej o konflikcie centaurów oraz nowych, młodych jednorożcach, które niedawno przyszły na świat.
- … Ale mówię ci Hermiono, takich złośliwców to ty jeszcze nie widziałaś. Swoją drogą przypomniał mi się Norbert. Cholibka, a gdyby tak znów zdobyć jajo i wyhodować w lesie smoka… - mówił jakby sam do siebie.
- O nie, Hagridzie nie chcemy więcej kłopotów – przerwała jego rozmyślania Hermiona i po paru minutkach oraz niezwykle klejącej krajance zakończyli rozmówki i się pożegnali. Ach, te stare pogawędki z Hagridem. Trzaskający ogień, herbatka i twarde jak kamień ciasteczka. Dzieciństwo. Z tymi przyjemnymi wspomnieniami odwróciła się na bok i zasnęła.

Draco wszedł na polanę pełną świecących, kolorowych kwiatów. Kiedy usłyszał od Blaise’a, że uratował Granger z sideł Bijącej Wierzby bardzo się przejął. Oczywiście nie dał tego po sobie poznać, ale miał ochotę od razu wyrwać to drzewo z korzeniami, kiedy dowiedział się, do czego się przyczyniło. Chciał pójść do niej od razu, ale jak by to wyglądało, gdyby ktoś go tam zobaczył? Tak czy inaczej zamierzał pójść do niej dziś wieczorem. Dlatego też między innymi się tutaj wybrał. Chciał jej dać coś wyjątkowego, co przypominałoby jej nie tylko o nim, ale o tym, do czego między nimi doszło. Dlatego też wyszedł na błonia i po paru minutach wędrówki doszedł do polany. Kwiaty już świeciły w księżycowym blasku. Zerwał cały bukiet i wrócił do zamku patrząc, czy przypadkiem nikogo nie ma na drodze. Trudno, by ktokolwiek był, ponieważ była prawie cisza nocna, ale i tak był ostrożny. Otworzył drzwi do Skrzydła Szpitalnego i wsunął się do środka niczym cień. Cicho podszedł do łóżka, gdzie leżała Gryfonka. Spała. Nawet teraz wyglądała pięknie. Falowane, długie włosy leżały na poduszce w artystycznym nieładzie, a parę kosmyków opadło jej na twarz. Delikatnie się uśmiechała, jakby śniło jej się coś bardzo przyjemnego. Wyglądała tak uroczo, że nawet nie zauważył licznych ran na jej ramieniu, które były już zaledwie małymi zadrapaniami. Bezszelestnie wyczarował dzbanek z wodą i włożył do nich świecące kwiaty, których delikatna poświata rozświetliła leciutko twarz dziewczyny. Pocałował ją delikatnie w policzek i odsunął się. Był właśnie w połowie drogi do drzwi, kiedy usłyszał cichy głos.
- Draco? – odwrócił się zdziwiony. Po raz pierwszy zwróciła się do niego po imieniu. W jej ustach brzmiało ono inaczej niż zwykle. Lepiej, delikatniej – Idziesz już?
- Miałem iść – zaczął.
- W takim razie już nie musisz. Nie śpię – uśmiechnęła się leciutko, a zmęczenie malowało się na jej twarzy. Podszedł do niej i wyczarował krzesło, które postawił obok łóżka.
- Słyszałem, co się stało…
- Są śliczne – odparła wpatrując się w kwiaty. Zdawało się jakby w ogóle nie słyszała, że coś powiedział. Draco spojrzał na jej twarz. Wyglądała jak anioł. Jak odzwierciedlenie dobra, coś delikatnego i niezrozumiałego dla niego. On był jej przeciwieństwem. Mroczny znak i zabójstwa nigdy nie zostaną przez niego zapomniane. Wprowadziły go na mroczną stronę. Ona nie dźwigała ciężaru zabójstwa.
- Są dla ciebie – powiedział tylko, zachowując myśli dla siebie.
- Czy nasza polana wciąż jest nienaruszona? – spytała.
- Nie zauważyłem niczyjej obecności – odparł zdziwiony słowem ‘nasza’.
- Draco? – spytała ponownie i zwróciła swoje ciepłe brązowe oczy na jego twarz.
- O co chodzi, Hermiono? – przybliżył się do niej z lubością wypowiadając jej imię.
- Chciałam byś przyszedł. Czekałam. Przepraszam cię, nie powinnam tak gwałtownie reagować. Jest tyle poważnych i trudnych spraw, a ja się czepiłam takiego…
- Nie, to ja powinienem uszanować twoją decyzję – przerwał jej.
- Nie zwalaj winy na siebie
- A ty nie wmawiaj sobie całej winy, bo ja też nie jestem święty
- Możesz podejść bliżej? – spytała zadziwiając go tym pytaniem. Usiadł na krawędzi jej łóżka, a ona podniosła się z lekkim trudem. Patrzyli sobie nawzajem w oczy, gdy po chwili Gryfonka przybliżyła się do niego delikatnie pocałowała. Nie pozostał jej dłużny. Pragnął tego i ona też. Jak nigdy wcześniej potrzebowali swojej obecności i bliskości. Położyła się na poduszce, a on pochylił się nad nią ciągle całując. Wzięła jego twarz w dłonie i pogłębiła pocałunek. Nagle Draco się odsunął. Popatrzyła na niego z lekkim zawiedzeniem.
- Coś nie tak? – spytała.
- Co my robimy? Przecież nie chciałaś mieć ze mną nic wspólnego, miałem się już nie zbliżać do ciebie, bo sobie tego nie życzyłaś… - mówił gorączkowo.
- Teraz tego chcę, Malfoy – znów zwróciła się do niego po nazwisku i uśmiechnęła zagryzając dolną wargę.
- O nie, żadna dziewczyna nie potrafi mną zmanipulować. Najpierw nie chcesz, teraz chcesz, co ja mam być niby na twoje życzenie, Granger? – spytał z trudem opierając się od ponownego rzucenia się na nią.
- Mnie taki układ pasuje. Mój osobisty Malfoy na życzenie, brzmi nieźle – uśmiechnęła się i popatrzyła wyzywająco w szare oczy Draco.
- Twój osobisty Draco, a później podziękujesz mi za jakże mile spędzony czas i pójdziesz. Ja wiem, co ty masz na myśli, Granger. Ja się nie dam wykorzystać.
- Skoro tak twierdzisz – odpowiedziała obojętnie i podniosła ponownie opadłe ramiączko od swojej białej, koronkowej sukienki służącej jako piżama.
- Tak było dobrze – palnął i od razu siebie przeklął.
- Co było dobrze? – spytała i opuściła ramiączko odsłaniając swoje kobiece barki – To? – uśmiechnęła się perfidnie. Już nie była zmęczona. Świetnie się bawiła drażniąc Malfoya.
- Wiesz, co? Jesteś okropnie przekonująca, ale nie myśl, że ci się udało, Granger. Pozwolę ci się nacieszyć choć na chwilę – powiedziawszy to ponownie się nad nią pochylił i gorąco pocałował. Zaśmiała się cichutko.
- Coś mi się wydaje, że to właśnie ty się teraz chcesz nacieszyć
- Może i tak, Granger – odpowiedział krótko i pocałował zatykając jej usta. Po chwili oderwali się od siebie.
- Wygrałam – uśmiechnęła się słodko.
- Nie, Granger. Nie myśl, że będzie tak łatwo – odpowiedział i ziewnął.
- Zmęczony?
- Bardzo, wydaje mi się, że nie dojdę do Slytherinu, bo usnę – powiedział i popatrzył znacząco na Granger, która przewróciła oczami.
- To było słabe zagranie, aktorze. Pozwolę ci się położyć obok mnie jeśli będziesz trzymać ręce przy sobie oraz jeśli zmyjesz się stąd zanim pani Pomfrey się obudzi.
- Okej, masz to jak w banku, Granger – uśmiechnął się z wygranej i ułożył obok Gryfonki. Niby przypadkowo położył jej rękę na talii.
- Ręce przy sobie, czyż nie powiedziałam? – uderzyła go delikatnie po dłoni.
- Jasne, już nie będę – roześmiał się widząc jej oburzenie. Zmienił pozycję przekręcając się parę razy.
- Cholera, musisz się tak wiercić? – syknęła.
- Dobra, już nie burz się.
- Dobranoc. I spróbuj mnie ruszyć w nocy, a ci te obślizgłe łapy utnę – odparła i odwróciła się do niego plecami.
- A buziak? – spytał zaczepnie.
- Teraz, mój panie na zawołanie, możesz się pocałować w swoje cztery litery – roześmiała się i odrzuciła włosy do tyłu.
- Cholera, Granger zabieraj te kłaki. Do oczu mi wchodzą – strzepnął z twarzy kosmyki brązowych loków i usłyszał cichy śmiech. Hermiona odgarnęła włosy.
- Lepiej? A teraz idź spać. Dobranoc.
- Dobranoc – odpowiedział jej. Szybko usnął z zadowoleniem malującym się na jego twarzy. Hermiona nie mogła usnąć. Tak dobrze się czuje w jego towarzystwie. Tak bardzo uwielbia jego pocałunki. Tak bardzo lubi go prowokować, denerwować i flirtować. Tak bardzo jest głupia. Słyszała spokojny oddech Malfoya. Odwróciła się delikatnie i spojrzała na jego spokojną twarz. Blond włosy leżały w artystycznym nieładzie, a niesforne kosmyki wymykały się na twarz. I ten pełen satysfakcji uśmieszek jak na Ślizgona przystało. Odgarnęła mu leciutko włosy z twarzy i musnęła jego usta. Po chwili poczuła piasek pod powiekami i szybko usnęła z uśmiechem na twarzy.  

~~~~~~~~~~~~~~~
Szczerze to muszę przyznać, że jestem z siebie zadowolona, bo zdążyłam  utworzyć dość długą notkę w tak krótkim czasie, ale miałam swoje powody. Jednym z nich był brak czasu w kolejnych dniach szkolnych i mnóstwo nauki na sprawdziany. Rozdział miałam dodać jutro, ale uznałam już, że nie będę taka, bo do godziny 16 jutrzejszego dnia może jeszcze całkiem dużo osób przeczytać. Nie mam czasu, by go teraz sprawdzić, więc jeśli zauważycie jakieś literówki to bardzo proszę mnie o tym powiadamiać. Informuję jednak, że następny rozdział może się pojawić za 4-5 dni, ale to zależy. Może zdążę wcześniej i też taką mam nadzieję. Ogólnie bardzo bym chciała Wam podziękować za mnóstwo komentarzy, który przybywają w błyskawicznym tempie i jest ich jak dla mnie bardzo dużo. Tak samo dziękuję Wam za moje statystyki, które dobiły już prawie do 15000 oraz sporą liczbę obserwatorów. Naprawdę, gdyby nie Wy nie doszłabym do tego, do czego aktualnie doszłam i jest mi bardzo miło. Oczywiście dziękuję każdemu, kto złożył mi życzenia z okazji urodzin i życzył weny. I ostatnie podziękowania jakie pragnę złożyć to za 3 nominacje do Liebster Award. Być może znajdę czas, by odpowiedzieć choć na trochę pytań i nominować inne blogi.
Pozdrawiam
Sheireen ♥

niedziela, 10 marca 2013

Bijąca Wierzba


Hermiona wyszła z łazienki trzaskając drzwiami. Oparła się o ścianę nieopodal i osunęła zakrywając twarz dłońmi. Nagle usłyszała dźwięk tłuczonego szkła i spojrzała w stronę łazienki, gdzie zostawiła samego Malfoya. Wyrzuty sumienia znów zaczęły przeszywać jej serce nie dając spokoju. Obraziła się na niego, tak łatwo skreślając to, co udało im się zbudować w ciągu tego roku szkolnego, a przecież sama też nie była bez winy. Zawsze była szczerą osobą nienawidzącą kłamstw, a teraz coraz bardziej ukrywała się przed przyjaciółmi i potrafiła okłamać ich, że wszystko w porządku. Tyle, że nie czuła się teraz w porządku. Poczucie winy jakby paliło jej wnętrze, okrywając swoim płaszczem jej świadomość. Dlaczego tak łatwo jest wypomnieć komuś błędy, a tak trudno przyznać się do swoich? Popatrzyła w okno, które rzucało na jej twarz bladą poświatę księżyca. Co się z nią działo? Nie potrafiła sobie odpowiedzieć na to pytanie. Nagle zatęskniła za tymi beztroskimi latami dzieciństwa, kiedy przesiadywała w Pokoju Wspólnym Gryffindoru z Harrym i Ronem, grając w szachy, śmiejąc się i kłócąc o błahe rzeczy. Co z tego, że na świecie nie było Voldemorta, skoro wszystko się rozpadło? A może to właśnie on był przyczyną, dla której wszyscy byli tak blisko i cieszyli się każdą chwilą ze sobą? Wszystko się zmieniło. Ona i Ron już się nie przyjaźnią. Z Harrym ciągle ma dobry kontakt i nie zamierza rezygnować z tego, co budowali przez tyle lat. W oczach całego Hogwartu ciągle byli tą dzielną trójką najlepszych przyjaciół, podczas gdy ona postrzegała to już jako żałosną imitację przyjaźni. Przynajmniej Ginny ciągle była, a jej znajomość z nią nie ucierpiała. Dopiero teraz zdała sobie sprawę jak po wojnie wszystko się rozpadło. Poczuła bolesne ukłucie w sercu i łzy zaczęły żłobić jej policzki. Zamknęła oczy biorąc głęboki oddech. Nagle usłyszała skrzypienie drzwi.
- Granger? – usłyszała zdumiony i cichy głos. Odwróciła się w tamtym kierunku. Zobaczyła Malfoya, który przystanął widząc Gryfonkę siedzącą pod ścianą z mokrymi od łez policzkami.
- Przepraszam – szepnęła ledwo słyszalnie i popatrzyła na niego spod wilgotnych rzęs. Następnie z bólem na twarzy podniosła się i zniknęła mu z oczu skręcając w korytarz.

Draco stał jeszcze chwilę bijąc się z myślami. Postanowił, że nie pójdzie za nią. W końcu chciała, by dał jej spokój i zrozumiał to. Nie będzie się już angażować w tę znajomość. Dla niej. Było to dla niego niezwykle irytujące i bolesne. Przyznał sam przed sobą, że zależy mu na tej dziewczynie i nic nie mógł na to poradzić. I skoro nie chce jego obecności to zrobi to dla niej. Tylko dlatego, że mu zależało. Zaklął w duchu. Ta sytuacja była beznadziejna. Ruszył się z miejsca i zszedł powoli do lochów, a następnie do Pokoju Ślizgonów. Usiadł na skórzanym czarnym fotelu i wyczarował Ognistą Whiskey, by ochłonąć. Ostatnio dość często pił trunek, ale nie był uzależniony. Zaczęło się odkąd jego myśli zajmowała powoli pewna brązowowłosa Gryfonka, która teraz nie chce mieć z nim już nic wspólnego.
- Znów pijesz? – usłyszał głos dochodzący ze schodów i dostrzegł Blaise’a.
- Niestety – mruknął tylko i ponownie pociągnął ze szklanki.
- Przynajmniej się podziel – Blaise wyrwał mu butelkę i również napełnił sobie kryształową szklankę.
- Co dzisiaj robisz? – spytał bez zastanowienia Draco, co wydało mu się absurdalne, ponieważ dochodziła dwudziesta.
- Tak się składa, że niedługo wychodzę – odparł, a blondyn popatrzył z lekkim zdziwieniem na przyjaciela.
- Gdzie?
- Z taką jedną – uśmiechnął się znacząco i dopił trunek.
- Z jakiego domu? – dopytywał się.
- Gryfonka – dodał, a Draco skrzywił się, bo jego myśli natychmiastowo popłynęły ku Granger.
- Ale chyba nie Weasley? Nie zachowywaliście się jak Ślizgon z Gryfonem na eliksirach.
- I tu mnie masz, bo z nią – uśmiechnął się szelmowsko – Przegrała zakład i musi się ze mną spotkać.
- Jaki zakład? Blaise w co ty znów pogrywasz? Nie zapominaj, że to dziewczyna Pottera. I o ile mi wiadomo całkiem nieźle dogadywałeś się na balu z tą wilą.
- Założyliśmy się kto zrobi lepszy eliksir. Głupota, ale poskutkowało. I nie obchodzi mnie, że to dziewczyna Pottera. W ogóle zakładasz, że ja już mam nieczyste myśli? – spytał udając oburzonego.
- Znam cię, Blaise
- No dobra, wiem – nastała chwila ciszy, jednak po chwili zastanawiania Blaise dodał – Swoją drogą wila też jest niczego sobie…
Draco przewrócił oczami, co nie uszło uwadze przyjaciela.
- Nie udawaj niewinnego. Ty też kręciłeś z paroma dziewczynami na raz.
- Słusznie powiedziałeś. Kręciłem. To należy do przyszłości.
- Nie no nie wierzę – Blaise spojrzał na niego – Największy podrywacz w Hogwarcie nie ma zamiaru kręcić już z dziewczynami. Czyżby ktoś trafił w jego serce? – spytał kpiąco.
- Żartujesz sobie? – spytał Draco z lekceważącą miną.
- Dobra wychodzę – Blaise podniósł się z fotela i zarzucił na siebie czarną kurtkę – A ty nie myśl tak o tej dziewczynie – zaczął się śmiać i szybko zniknął odprowadzony morderczym wzrokiem Dracona.

- Wychodzisz gdzieś? – spytała zdumiona Hermiona odkładając na bok książkę. Od razu jak weszła do dormitorium, Ginny wydawała się jakaś przygaszona, ale nie chciała jej o to pytać. W końcu ona też jej wszystkiego nie powiedziała, więc nie będzie wtrącać się w sprawy innych. Tym razem jednak nie wytrzymała.
- Niestety muszę – odpowiedziała krótko Ruda.
- Musisz? – Hermiona jeszcze bardziej się zdumiała.
- Hermiono, dlaczego musiałam mieć takiego pecha? – przyjaciółka wybuchła nagle i usiadła zdenerwowana na łóżku. Gryfonka zerwała się i kucnęła naprzeciw rudowłosej opierając się o jej kolana.
- Jakiego znów pecha, Gin?
- Chodzi o eliksiry… Założyłam się z Zabinim, że jeśli zrobi lepszy eliksir to muszę z nim dzisiaj wyjść. I oczywiście przegrałam! – warknęła – Ale to było nieuczciwe! Jestem pewna, że mi czegoś dolał do mojego eliksiru!
- Chyba znam to uczucie – szepnęła bardziej do siebie, co nie uszło uwadze Ginny.
- Jak to? Zakładałaś się ze Ślizgonem?
- I nie tylko – odparła i usiadła z ciężkim sercem obok Rudej. Zamierzała jej wszystko powiedzieć. Bo jeśli nie jej to komu? Nikomu tak bardzo nie ufała jak tej drobnej osóbce. Słowa zaczęły płynnie wylewać się z jej ust. Opowiedziała jej o każdym szlabanie, o balu, o pocałunku z Malfoyem, a na końcu o tym jak okłamała Daniela i zrobiła wyrzuty Ślizgonowi. Nie było jej łatwo, ale po skończeniu poczuła się lekka na duchu jak nigdy od ostatniego czasu. Ginny przez cały czas słuchała jej z uwagą nie odzywając się słowem. Nawet teraz milczała.
- Brzydzisz się mną teraz, tak? – spytała Hermiona przerywając ciszę. Kiedy Ruda nic nie odpowiedziała wstała z łóżka. Usłyszała skrzypienie sprężyn i nagle znalazła się w niedźwiedzim uścisku przyjaciółki.
- Nigdy, Hermiona – Gryfonka popatrzyła na nią, a na jej twarzy rozkwitł szeroki uśmiech – Szczerze to ja nawet jestem zadowolona, że doszło między tobą a Malfoyem do takich rzeczy.
- Że co? – Hermiona pomyślała, że się przesłyszała.
- To takie romantyczne. Nienawiść między wrogami przeradza się w płonącą namiętność…
- Ej, ej, ej! – brązowowłosa pomachała rękami przed rozmarzonym wzrokiem Ginny – Ty się tak nie zachwycaj, bo ja i Malfoy się pokłóciliśmy i nie mamy zamiaru dalej ciągnąć tej głupiej zabawy
- Dlaczego?
- To chyba oczywiste! On jest Ślizgonem, a ja Gryfonką. On jest wredny…
- Ty też potrafisz być wredna – przerwała jej Ruda – Oczywiście nie dla mnie – dodała po chwili widząc minę przyjaciółki.
- Tak czy inaczej jesteśmy w domach, które od lat rywalizują
- Ależ ty jesteś staroświecka, Hermiono! To, że domy ze sobą rywalizują nie oznacza, że uczniowie też muszą i nie mogą się w sobie zakochać – podeszła do lusterka i poprawiła makijaż.
- Ginny dlaczego ty za wszelką cenę chcesz mnie zeswatać z Malfoyem? – Hermiona rwała sobie włosy z głowy.
- Ja? – spytała udając zdziwioną – Skądże…
- Nie w ogóle – przedrzeźniła ją Hermiona, a Ruda nałożyła kremowe rurki i białą koszulę ze złotymi guzikami. Nagle usłyszeli jakieś krzyki dochodzące zza drzwi. Szybko zerwały się z miejsc i wypadły z dormitorium. To, co zobaczyły zupełnie zbiło je z nóg. Dwóch chłopaków celujących w siebie różdżkami. Jeden z okularami i rozczochranymi, czarnymi włosami, drugi wysoki i czarnoskóry. Harry świdrował gniewnym spojrzeniem Zabiniego, który wydawał się rozbawiony. Ginny, która wiedziała, o co poszło szybko schowała się w dormitorium. Hermiona jednak zeszła do chłopaków przerywając ich kłótnię.
- Wiedziałaś, że wychodzą razem?! – warknął Harry ciągle patrząc w stronę Zabiniego.
- Tak wiedziałam – odparła wojowniczo.
- I nic mi nie powiedziałaś?! – Harry był coraz bardziej zdenerwowany.
- Dowiedziałam się przed chwilą – wyrwała mu różdżkę z ręki i szybko rozbroiła Zabiniego, by nie doszło do pojedynku.
- Oddawaj różdżkę – dwoje mężczyzn zwróciło na nią spojrzenie. Ona jednak odwróciła się na pięcie i i podeszła do schodów.
- Ginny wyłaź! – krzyknęła i po chwili z dormitorium wyszła dziewczyna o długich, rudych włosach z zawstydzoną miną. Podeszła do Harry’ego i spojrzała mu w oczy.
- Wszystko ci wyjaśnię – powiedziała cicho.
- Idź z nim. W końcu tego chciałaś prawda?
- To nie tak, Harry, proszę – zaczęła błagalnie. Hermiona podeszła do Zabiniego na tyle blisko, by tylko oni słyszeli o czym rozmawiają, ponieważ wszyscy obecni w pokoju uczniowie przyglądali się tej scenie.
- Zadowolony jesteś? – syknęła cicho. Czasami rozmawiała z Zabinim, więc kontakt z nim nie był dla niej czymś nowym.
- Nawet nie wiesz jak, Granger.
- Nie wystarczają ci dziewczyny bez chłopaków, więc zaczynasz rozbijać związki?
- Nie rozbijam żadnego związku. Zresztą ty też nie jesteś święta.
- Co masz na myśli? – spytała lekko zbita z tropu.
- Masz chłopaka i zdradzasz go z innym – uśmiechnął się podle. Hermiona nie wiedziała, co odpowiedzieć. Na szczęście nie musiała.
- ZDRAJCZYNI! NIE BĘDZIESZ SIĘ BRATAĆ ZE ŚLIZGONEM! – ryk wstrząsnął pomieszczeniem, a Hermiona od razu odwróciła się w stronę odgłosu. Zobaczyła Rona, który najwyraźniej wszedł na miejsce Harry’ego, po którym nie było śladu. Gryfonka dostrzegła napływające do oczu Rudej łzy i podeszła wściekła do Rona. Stanęła pomiędzy rodzeństwem.
- A ty się nie wtrącaj! – warknął.
- Ginny idź już z Zabinim, ja się tym zajmę – powiedziała do przyjaciółki i po chwili zwróciła się do czarnoskórego chłopaka – Jeśli jej coś zrobisz to nie ręczę za siebie.
Ten tylko uśmiechnął się do niej ze zrozumieniem i – ku zdziwieniu Hermiony – delikatnie objął ramieniem Ginny i wyprowadził z pokoju.
- Kto ci pozwolił się wtrącać? – Ron łypnął na nią groźnie.
- To moja przyjaciółka!
- Ale moja siostra! Ty już nie należysz do przyjaciół rodziny Weasley! Nie chcę cię już więcej widzieć w moim domu! I nie obchodzi mnie to, że reszta mojej rodziny nic do ciebie nie ma!
- Nie krzycz na nią! – zgrabna blondynka pojawiła się nagle u boku Hermiony. Gryfoni z jeszcze większą uwagą przyglądali się tej scenie. Jeszcze nigdy nie byli świadkami kłótni tak wielu Gryfonów naraz.
- Ty też po jej stronie?! – wrzasnął Ron patrząc na Clemense.
- Tak! Nie masz prawa mówić jej, co ma robić i gdzie ma jej nie być! Twoja rodzina ją lubi i ja też do niej nic nie mam! Jeśli nie będzie mieszkać w twoim domu, to przynajmniej u Fleur!...
Jednak Hermiona nie słyszała dalszej kłótni, ponieważ wypadła z Wieży Gryffindoru, a łzy cisnęły jej się pod powiekami. Nienawidziła kłótni. Nienawidziła, gdy ktoś kogo kiedyś kochała lub lubiła krzyczał na nią i patrzył z niesmakiem. Ron powiedział, że nie ma na co już liczyć u jego rodziny. A nawet jeśli prawdą jest to, co mówiła Clemense, że będzie mogła zamieszkać razem z Billem i Fleur w Muszelce, to i tak nie chciała. Po raz pierwszy zaczęła myśleć na poważnie o tym, gdzie zamieszka, gdy skończy szkołę. Jej rodzinny dom został sprzedany, gdy tylko wyczyściła pamięć rodzicom, by chronić ich przed Voldemortem. Była sama. Nie miała nic. Poczuła się tak bezsilna jak nigdy wcześniej. W końcu nie miała nawet siły płakać. Ile łez można przelać w ciągu ostatnich miesięcy? Pokłóciła się z Harrym, o Ronie nie ma już co mówić, z Danielem nie jest szczera… No i został jeszcze Malfoy. On już pewnie nie chciał mieć już nic z nią wspólnego po tym jak zrobiła mu tą awanturę i miał gdzieś ją i jej nieme przeprosiny. I to wszystko przez nią. Obraziła się o taką błahostkę. Jej duma. Jej przeklęta duma zabierała powoli wszystko, co ma! Nie myśląc gdzie idzie wyszła na błonia. Porywisty, chłodny wiatr szczypał jej skórę. Wszędzie panowały grobowe ciemności. Nagle jej wzrok spoczął na niewyraźnej sylwetce Bijącej Wierzby. Niewiele myśląc ruszyła w stronę drzewa. Kiedy wierzba zaczęła groźnie wywijać gałęziami, uniosła różdżkę. Za pomocą zaklęcia oszołamiającego i petryfikującego sprawiła, że Bijąca Wierzba znieruchomiała. Rozejrzała się dookoła i szybko weszła do tunelu. Kamienne ściany były wilgotne i gdzieniegdzie słyszała kapanie wody. W końcu doszła do Wrzeszczącej Chaty, a podłoga zaskrzypiała przerażająco pod jej nogami. W zakurzone okna walił mocny wiatr. Hermiona wyszła z rudery i już kierowała się w stronę Hogsmeade. Nie zastanawiała się nad tym, że nie wolno tam wychodzić bez opieki, ale była już pełnoletnia i nikt nie miał prawa jej zabronić wyjścia z Hogwartu. Weszła do gospody pod Trzema Miotłami i usiadła przy najbardziej oddalonym stoliku. W lokalu było zaledwie parę osób, więc szybko została obsłużona przez pulchną Madame Rosmertę. Kobieta obdarzyła ją czułym uśmiechem, widząc jej smutne, zapłakane oczy. Ciepło rozlało się po sercu Hermiony. Mama zawsze się tak do niej uśmiechała, by ją pocieszyć. Natrętne myśli znów zawróciły jej w głowie. Po chwili gospodyni podała jej miód pitny z odrobiną alkoholu do rozgrzania. Hermiona pociągnęła łyk i od razu poczuła ciepło rozchodzące się po jej ciele oraz słodycz w ustach. Gospoda powoli zaczynała się opróżniać, a z każdą wychodzącą osobą Hermiona zamawiała kolejny miód pitny lub piwo kremowe. Wpatrywała się w trzaskająco wesoły ogień, kiedy zasnęła, rozlewając po stole końcówkę piwa kremowego.

- Pobudka, kochana – usłyszała nad sobą czuły głos i ktoś delikatne szarpną ją za ramię. Hermiona przetarła oczy i ze zdziwieniem rozejrzała się po otoczeniu. Ogień w kominku wygasł, a światło paliło się tylko nad barem. Popatrzyła na grubszą sylwetkę kobiety i rozpoznała jej twarz.
- Madame Rosmerto, ja przepraszam najmocniej… - potok słów zaczął się wylewać z jej ust.
- Nic nie szkodzi, ale pomyślałam, że należałoby cię obudzić przed zamknięciem pubu.
- Dziękuję, ja już sobie pójdę – powiedziawszy położyła na blacie zapłatę za wszystkie napoje.
- Jesteś naprawdę zmęczona, kochaniutka. Może zostaniesz na noc w jednym z pokoi?
- Nie, naprawdę bardzo pani dziękuję, ale muszę iść – odparła zmęczonym głosem Hermiona i pożegnawszy się z właścicielką wyszła na pustą uliczkę Hogsmeade. Padało. Żałowała, że nie wzięła ze sobą jakiejś kurtki, zanim wybiegła z zamku. Była strasznie zmęczona, ale musiała dostać się do Hogwartu. Nagle ogarnął ją niepokój. Przecież Filch zamknął już główne wejście. Jak niby miała się dostać do zamku? Popatrzyła na kamienny zegar stojący naprzeciw niej przy drzwiach jakiegoś domu, w którym najwidoczniej sprzedawano stare przedmioty. Za siedem 22. Może zdąży. Musi zdążyć. Rzuciła się biegiem w stronę Wrzeszczącej Chaty. Była strasznie zmęczona i miała wielką ochotę położyć się nawet na zmokniętej ziemi i zasnąć. Odrzuciwszy od siebie tę absurdalną myśl dobiegła do rudery i szybko skręciła w korytarz. Po chwili z trudem przedzierała się przez wąski tunel. Ubranie miała całe przemoczone, a lodowaty wiatr kąsał jej skórę. Wypadła z tunelu przewracając się o konar drzewa. Szybko podniosła się, gdy nagle poczuła jak coś podkasza jej nogi, a ona sama upada boleśnie na błotnistą ziemie. Bijąca Wierzba. Że też o niej zapomniała! Poczuła jak gałąź uderza ją tworząc głęboką ranę na policzku. Syknęła z bólu. Ciepła krew z rany zmieszała się z błotem, któro powoli zmywał ulewny deszcz. Była zbyt zmęczona, by się podnieść i uciekać. Przeklinała się w myślach za to, że zapomniała o wszelkich środkach ostrożności. Wyciągnęła różdżkę i ostatnimi siłami wypowiedziała zaklęcie, które na chwilę spowolniło ruchy drzewa. Ten ruch uratował jej życie, bo gdy tylo przekręciła się na bok, potężny konar uderzył w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą leżała. Spróbowała się podnieść i uciekać, ale wierzba jakby znała jej zamiary. Długie jak liny gałęzie złapały ją za kostki i zaczęły ciągnąć w stronę drzewa. Złowrogie macki powoli oplatały jej ciało, wyrywając różdżkę z rąk Hermiony i odrzucając ją parę cali dalej. Dziewczyna, która zdała sobie sprawę ze swojej bezbronności zaczęła krzyczeć ile sił w płucach. Po chwili jej krzyk przerodził się w bolesny pisk, ponieważ gałęzie, które oplotły ją już do ramion, gwałtownie się zacisnęły wpijając swoje ostre kolce w jej ciało. Hermionie zakręciło się w głowie z bólu i prawie straciła przytomność. Gorące krople krwi spłynęły jej po ramionach, brzuchu i nogach, ponieważ ostre sidła wierzby zdołały przedrzeć się przez materiał jej ciuchów. Powoli traciła przytomność. Ostatnią rzeczą jaką udało jej się usłyszeć były liczne kroki oraz oślepiające, białe światło. Po chwili zemdlała. Później była już tylko ciemność.

~~~~~~~~~~~~~~~
Nowa notka jest notką przejściową i zdaję sobie sprawę, że tak właściwie nic się w niej szczególnego nie dzieje, ale potrzebna była do zrealizowania moich planów, które umieszczę w następnej notce. Pojawiłaby się ona wczoraj, ale oczywiście odłączyli mi internet, co jeszcze bardziej mnie wkurzyło, bo miałam urodziny i nie miałam dostępu do internetu. No, ale nie wiem jakim cudem przed chwilą mi chyba podłączyli, więc pierwsze co robię, to wstawiam dla Was nowy rozdział. 
Pozdrawiam
Sheireen ♥