niedziela, 7 lipca 2013

Hogsmeade

            Hermiona siedziała przy stole Gryfonów popijając ze znudzeniem sok dyniowy. Obserwowała jak w rogu sali Ginny i Blaise rozmawiają z przygnębionymi minami. Przejmowała się tym, że Zabini wyjeżdża, ale Malfoy za nic nie chciał puścić pary z buzi. Co niezwykle ją irytowało. W końcu zobaczyła jak Blaise przytula jej przyjaciółkę i wychodzi razem z nią z Wielkiej Sali. Westchnęła. Nagle ktoś poderwał ją do góry. Aż się zakrztusiła sokiem.
- Koniec tego śniadania, Granger – usłyszała głos Malfoya i się lekko uśmiechnęła. – Zaraz do miasteczka zleci się ta cała hołota z Hogwartu i pozajmują nam najlepsze miejsca.
Spojrzała na niego, a ten się szelmowsko uśmiechnął.
- Nie dokończyłam mojej kanapki – poskarżyła się. Malfoy przewrócił oczami i wziął jej kanapkę z dżemem w rękę, by po chwili wepchnąć jej do ust. Jęknęła z oburzenia.
- Masz swoją kanapkę, ucisz się i wychodzimy – widać był bardzo rozbawiony z jej miny. Wyjęła jedzenie z ust i odrzuciła na talerz.
- Ja dziękuję za taką łaskę - wzięła swoją torebkę i razem z Malfoyem wyszła z pomieszczenia, odprowadzona wzrokiem zdumionych Gryfonów. Jejciu, czy oni wciąż muszą wzbudzać tak wielką sensację? Nie no ludzie, bez przesady.
            Pogoda na dworze była cudowna. Wiosenne słońce mocno grzało ich twarze. Hermiona zdjęła z siebie sweterek i została tylko w zwykłej kwiecistej sukience, którą kiedyś kupiła jej mama. Nigdy wcześniej nie miała sposobności jej założyć. Dopiero w siódmej klasie, dzięki małej pomocy Ginny, przekonała się do spódniczek, bluzek z małym aczkolwiek dekoltem. Nigdy nie lubiła pokazywać swojej figury, którą uważała za okropną, ale wszystko się zmieniło. W końcu była kobietą, a każda kobieta, nawet ona lubiła dobrze i świeżo wyglądać.
Nie wspomniała Malfoyowi o incydencie w bibliotece. W ogóle nie chciała o tym pamiętać, ale nie potrafiła. Nott stanowił dla niej jedną wielką zagadkę. To jak się zachowywał. Zerknęła na Malfoya. Merlinie, jaki on był zabójczo przystojny. Potrząsnęła głową. Nott wspomniał coś o dziewczynie, którą Draco mu odebrał. Która była dla niego tą jedyną. Zagryzła wargę. Czyżby dlatego chłopak tak się zachowywał? Bo stracił kogoś, dla kogo warto żyć? Sama nie wiedziała jakby ona zareagowała, gdyby straciła Malfoya. Bo ta dziewczyna musiała być dla Notta tak samo ważna jak dla niej ten Ślizgon. Stąd ta nienawiść, którą dostrzegła między nimi na boisku do quidditcha.
- O czym myślisz? – usłyszała głos Malfoy, który wyrwał ją z rozmyślań.
- O niczym… To znaczy… O mnóstwie spraw. O wszystkim na raz – odparła.
- Przestań w końcu myśleć – przeczesał jej włosy, a Hermiona skomentowała to oburzeniem.
- Wiesz, że tego nie lubię – poprawiła swoje włosy.
- Wiem, dlatego to robię – uśmiechnął się ironicznie. Prychnęła, ale jej kąciki ust leciutko podniosły się do góry.
- Uuu, jednak się cieszysz – droczył się.
- Wcale nie!
- Właśnie widzę – z jego twarzy nie znikał ten irytujący wyraz zadowolenia. Boże, z kim ona była. Chyba z najbardziej wkurzającym człowiekiem jaki chodził po tej ziemi. Przetrzymała materiał sukienki, który lekko się uniósł pod wpływem nagłego wiatru. Zły pomysł, by ją nakładać. Jak tak dalej pójdzie, to każdy będzie miał okazję podziwiać jej pośladki. Cudownie. Niczego po prostu bardziej nie pragnęła.
Dochodzili właśnie do wioski, która jeszcze nie była tak bardzo zaludniona przez uczniów. Pierwsze, co zrobili to poszli w stronę Trzech Mioteł, by zająć najlepsze miejsca. Zajęli jakieś w kącie, by mieć więcej prywatności. Tam zawsze można było pogadać na wszystkie tematy, nie bojąc się, że ktoś może cię podsłuchać. Przeważnie siadała tam z Harrym i Ronem w poprzednich latach, by omówić wszystkie sprawy, o których tylko oni mieli pojęcie.
            Zajęli miejsce naprzeciw siebie i zamówili napoje. W przypadku Hermiony była to zwykła woda z sokiem. Nie miała ochoty na nic innego. Spojrzała na Malfoya i spytała po raz kolejny.
- Kiedy przyślą te składniki? Wiesz, że nie mamy dużo czasu.
- Jutro już powinny być – odpowiedział i przyjrzał jej się uważnie. Hermiona poczuła się dziwnie odsłonięta. Jakby mógł wyczytać z jej twarzy wszystkie tajemnice. Nagle coś przyszło jej do głowy. Miała pretensje do Malfoya, że jej nie powiedział o listach matki, a teraz sama tonęła w tajemnicach. Musiała poruszyć temat Notta, ale bała się reakcji Malfoya na jej słowa. Nie wiedziała jak to zacząć. Ostatnim razem, kiedy wszyscy troje znaleźli się na jednym korytarzu, Hermiona wręcz magią musiała powstrzymać Malfoya, by nie rzucił się na swojego kolegę z domu. Ale… ona nie mogła mieć przed nim tajemnic. Po prostu to nie było w jej stylu.
- Draco, musimy pogadać – westchnęła. Wiedziała, że tym samym sama poprosiła się o trudną rozmowę. A mogło być tak dobrze. Nie, nie mogło, bo sumienie cały czas jej dokuczało od tamtego czasu. Chciała w końcu pozbyć się tego ciężaru. Spojrzał na nią pytająco.
- Czekam, Hermiono – ponaglił ją. Dziewczyna wstała ze swojego miejsca i usiadła obok chłopaka. Wolała mu zagrodzić drogę, jeśli zawładną nim instynkty mordercze. Oczywiście to były tylko jej przypuszczenia, które w większości mogły okazać się słuszne. Draco nienawidził jak ktoś dobierał się do jego dziewczyny. Może to nie chodziło do końca o nią, ale o to, że kto się do niej dobierał obrażał samego Malfoya. Tak przynajmniej sądziła. No tak. Bo przecież jak można urazić wielkiego Dracona Malfoya. Coś za dużo ostatnio było w niej ironii…
- Obiecaj mi coś – zaczęła na sam początek.
- Przynamniej powiedz mi co – odparł. Nie miał zamiaru obiecywać czegoś z góry.
- Obiecaj mi, że już nigdy nikomu nie odbierzesz czegoś ani kogoś ważnego – spojrzała mu twardo w oczy. Wiedziała, że to było dla niego pewnie bardzo dziwne. W końcu nie codziennie wywiera się na kimś presję, by złożył obietnicę. Na dodatek taką.
- O co ci chodzi? – spytał.
- Obiecaj! – naciskała. Chodziło jej o Notta i o to, że Draco odebrał mu dziewczynę. To było świństwo. Tak się nie postępowało. Dlatego też między innymi chciała mieć jego słowo, że nigdy tego nie zrobi.  
- Dobra, obiecuję, ale mów, o co chodzi – machnął lekceważąco ręką, co niezbyt jej się spodobało. Wszystko wszystkim wzięła się w garść i opowiedziała ze szczegółami, co się wydarzyło w bibliotece. Jak się spodziewała, twarz Malfoya z każdym zdaniem stawała się coraz groźniejsza. Chyba mogła sobie darować te szczegóły, ale przynajmniej kiedy o nich powiedziała to czuła całkowitą ulgę. Przynajmniej nic nie skrywała, a to już chyba jest coś.
- Nienawidzę go. Niech ja go tylko spotkam – wycedził przez zaciśnięte zęby, a w jego oczach szalał prawdziwy ogień. Pokręciła głową.
- Tylko spokojnie – próbowała, ale jak widać jej chłopakowi daleko było do stanu spokojności.
- Mam być spokojny z myślą, że on był tak blisko ciebie i cię dotykał? – warknął. – Do cholery jasnej, Hermiona, zastanów się, co mówisz!
- On chce się zemścić – odpowiedziała. Malfoy zrobił zdumioną minę.
- Jak to: zemścić?
- A tak, że odebrałeś mu dziewczynę, która była dla niego wszystkim. Najwidoczniej dzięki twojemu głupiemu rozumowi on chce teraz wykorzystać mnie do swoich celów – powiedziała niezadowolona. Z ust Malfoya wyrwało się wulgarne przekleństwo. Mimowolnie się skrzywiła. W Trzech Miotłach zebrała się już spora grupka uczniów. Madame Rosmerta z uśmiechem na ustach chodziła między stolikami rozdając napoje i wdając się przy okazji w pogaduszki. Wszyscy rozchichotani i weseli z wolnego czasu poza szkołą.
- Mógłbyś tak nie przeklinać?
Nie odpowiedział najwidoczniej się nad czymś zastanawiając.
- To była zwykła dziewczyna jakich wiele, więc o co mu chodzi? – spytał, zupełnie ignorując jej wcześniejsze pytanie.
Wtedy to w Hermionie się zagotowało. No nie! Jak mogła być z takim egoistą?
- Skoro to była zwykła dziewczyna, to dlaczego chciałeś ją mieć i odebrałeś ją Nottowi?! – wściekła się. Przewrócił oczami.
- To było dawno.
- Co mnie to obchodzi? – syknęła. – Najwidoczniej Nott nie może o tym zapomnieć.
- Skończ, okej? – warknął. – Po prostu idiota na to zasłużył.
Zmierzyła go wzrokiem bazyliszka. Był… Ugh! Był okropny.
- Malfoy – powiedziała z naciskiem. – Nigdy, ale to nigdy nie odbieraj nikomu ważnej osoby, bo w przyszłości za to zapłacisz. – pouczyła go.
Uśmiechnął się kpiąco, co jeszcze bardziej podniosło jej ciśnienie. Miała ochotę zrobić mu krzywdę, ale ostatnimi siłami się powstrzymała.
- Nie udawaj mądrej Granger, bo nią nie jesteś – odparł. Krew zagotowała jej się w żyłach. Nie da się sprowokować. Wiedziała, że Malfoy jest zły, bo broniła Notta i była przeciwko niemu, ale chyba robiła słusznie, prawda? Malfoy zachował się jak ostatni prostak odbierając Nottowi dziewczynę. Nawet jeśli to zdarzyło się tak dawno. Ugh, chyba jeszcze nigdy się nie przekonał jak to jest, gdy zabierze się mu sprzed nosa kogoś ważnego.
- Odezwał się ten mądry – zironizowała.
- Dobrze powiedziane, Granger. W porównaniu do ciebie jestem mądry, ale się nie wywyższam – patrzył jej wściekłym wzrokiem w oczy. Nie zmieszała się. Już dawno przestała się go bać. Wiedziała, że na pewno nie zrobiłby jej krzywdy nawet jakby zawładnęły nim żądze mordu na jej osobie.
- Nie masz jakiej wiedzy i mądrości sobą zaprezentować – warknęła. - Potrafisz zaciągać tylko puste panienki do łóżka. Oto umiejętności cudownego Dracona Malfoya!
- Jesteś głupia – oznajmił. Rzeczywiście się wysilił. Niestety. Wypominanie Hermionie, że jest w jakikolwiek sposób głupia nie było dobrym rozwiązaniem.
- Ty wcale nie jesteś lepszy. Gdybyś się zmienił… - mówiła z wściekłością w głosie. I wtedy jej gwałtownie przerwał. Wszystkie oznaki kpiny przeszły mu momentalnie.
- Nie mam zamiaru się zmieniać, Granger. Dla nikogo. Nawet dla ciebie, więc nie licz na to – popatrzył jej prosto w oczy. Były tak chłodne niczym lód. Na Merlina, Malfoy, co z tobą? Hermiona nie potrafiła uspokoić myśli. Co z nim było nie tak? Och, oczywiście wszystko mogło być dobrze, ale jej się zachciało gadać o tym Ślizgonie. Nie czuła się jednak ani trochę winna temu, że teraz siedzieli naprzeciw siebie i sztyletowali się wzrokiem. Absolutnie nie czuła winy. Malfoy powinien w końcu coś zrozumieć i ona musi mu wpoić to do tego tępego łba. Jednak wzmianka o tym, że nie ma zamiaru się zmienić. Dla nikogo. Nawet dla niej lekko ją zabolała. Nie pokazała tego po sobie, ale jej milczenie było dla Malfoya jednoznaczne.
- Zdziwiona? – spytał chłodno. – Możesz sobie zmieniać ten głupi świat, ale nie zmieniaj ludzi. Najwyżej siebie.
            Zraniło ją to. Zraniło i to całkiem poważnie. Dlaczego? Hermionie w jednej chwili wydawało się, że nie zna człowieka, którego miała przed sobą. Zdawało jej się, że patrzy na tego starego Dracona Malfoya. Tego oschłego, podłego Ślizgona. Nie dopuszczała do siebie myśli, że mógł być najzwyczajniej w świecie zazdrosny o nią i o to, że cały czas gada o innym Ślizgonie. Swoją drogą ona też by się zdenerwowała, gdyby Malfoy gadał non stop o jakiejś Gryfonce. W dodatku takiej, która jest jej wrogiem. Ale teraz miała to gdzieś. Głos Malfoya ociekał takim jadem jak kiedyś, kiedy się do niej zwracał.
- Co z tobą, Draco? – spytała. Jej głos odrżał od emocji.
- A co miałoby ze mną być? – uniósł pytająco brew.
- Zachowujesz się tak… inaczej.
- Zachowuję się jak zawsze – spojrzał na nią z kpiną. Kolejne ukłucie, kolejny ból. Te szare, ukochane tęczówki, które patrzyły na nią tak… ostro. Nie mogła tego znieść.
- Chyba za bardzo się przeliczyłam. Myślałam, że choć trochę się zmieniłeś – odpowiedziała z lekką pretensją. Nie czekała na jego odpowiedź. Kiedy wychodziła, rzuciła tylko krótkie „Miłego dnia, Malfoy” i wyszła na zatłoczone uliczki Hogsmeade. Miała nadzieję, że chłopak za nią nie pójdzie. Nie chciała, by widział jak bardzo zraniły ją jego słowa. Obejrzała się i stwierdziła, że chyba nie może być tak pięknie jakby chciała. Malfoy wyszedł z Trzech Mioteł i ich spojrzenia się spotkały. O nie…
            Szybko odwróciła się do niego plecami i próbowała wtopić się w tłum. Przyśpieszyła kroku. Nagle dostrzegła malutką uliczkę między sklepikami. Natychmiast w nią skręciła. Zwolniła trochę i odwróciła się. Malfoya nie było. Odetchnęła z ulgą i przygładziła sukienkę.
            Jak mógł być taki w stosunku do niej? Przecież ona właściwie nic takiego nie zrobiła. Chciała tylko, by obiecał, że nie zrobi nigdy czegoś tak podstępnego i okropnego. Cóż, przeliczyła się. Najwidoczniej Ślizgoni mają to w naturze. Mogła w ogóle nie zaczynać tej rozmowy. Była głupia. Zepsuła zapewne całkiem miło zapowiadający się dzień. Chociaż to dobrze. W końcu wyrzucił z siebie wszystko, co mu dokuczało. Między nimi chyba nigdy nie będzie prawdziwego spokoju. Czy oni mogą wytrwać tydzień bez kłótni? A podobno przeciwieństwa się przyciągają… Tutaj chyba jest zdecydowanie za duża różnica.
            Szła pustą uliczką, całkowicie zamyślona. Nagle usłyszała za sobą kroki. Serce zabiło jej mocniej. Odwróciła się i zauważyła Malfoya. Po jego minie zauważyła, że zdecydowanie jest zły. A raczej wściekły. Chciała wziąć nogi za pas i uciec przed nim, ale nie zamierzała być takim tchórzem. Przyśpieszyła tylko kroku, by po chwili usłyszeć przekleństwo. Wiedziała, że potrafiła być szybka. Nagle poczuła mocne szarpnięcie w ramię.
- Ałć, to boli, kretynie! – warknęła i szarpnęła się. Uścisk zelżał, ale wciąż był stanowczy. Spojrzała na niego wzrokiem bazyliszka.
- Przestań mnie zabijać wzrokiem, bo ci to nie wychodzi – skomentował jej zachowanie Draco. Przez chwile panowała między nimi cisza, którą przerwał. – Ty serio się obraziłaś? – w jego głosie zabrzmiało niedowierzanie. Prychnęła.
- Och nie! Skądże! – powiedziała z sarkazmem w głosie. – Tylko właśnie przed chwilą potraktowałeś mnie bardzo źle, Malfoy, ale najwidoczniej dla ciebie to jest nic, że przed chwilą dałeś mi do zrozumienia to, iż tak naprawdę nigdy się nie zmieniłeś i wszystko jest dla ciebie takie same...
Słuchał w milczeniu, a ona ciągnęła dalej.
- …Najlepiej zacznij mnie nazywać znów szlamą, a wszystko wróci do normy…
- Zwariowałaś? – wtrącił niezadowolony. Szarpnęła się, by wyrwać ramię z jego uścisku.
- Nie, Draco. Nie zwariowałam.
- To dlaczego się burzysz, skoro do cholery nic takiego ci nie zrobiłem?! – krzyknął. Drgnęła, słysząc jego podniesiony głos. Dreszcze przeszły po jej ciele. Piersi opadały i podnosiły się coraz szybciej z powodu przyśpieszonego oddechu.
- Jeśli dla ciebie potraktowanie mnie jakbym była niczym jest w ogóle nieważne, to najlepiej od razu z tym skończmy – spojrzała na niego pogardliwie. Starała się nie pokazywać tego jak jej głos drży. Za wszelką cenę nie chciała, by w jej oczach błysnęły łzy. I tak za bardzo już pokazywała swoje emocje. Nie miała zamiaru powtarzać tego samego błędu.
- A jak miałem się zachowywać, Granger?! Cały czas tylko gadasz o nim – zdenerwował się. – Może ułatw mu robotę i odejdź ode mnie dla niego, by zadowolić twojego Teodora.
Wciągnęła z oburzenia powietrze. Była pewna, że jej oczy ciskają teraz najprawdziwsze błyskawice, a włosy wyglądają jak naelektryzowane. Kiedy się denerwowała można było ją porównać do prawdziwej burzy.
- Jak możesz tak mówić, Draco? To ty jesteś dla mnie najważniejszy, a nie jakiś Nott, który ma zaburzenia psychiczne – warknęła. Malfoy nie wzruszył się jej słowami. Zacisnęła pięści.
- Jakoś tego nie pokazujesz.
Miała ochotę mu przywalić. Czasami zachowywał się ogrzej niż ona. Zupełnie jak kobieta. No tak, ale jakby rzuciła się na niego z pięściami, to pięknie by mu wszystko udowodniła. Wiedziała, co go zadowoli. Miała nad nim jaką taką władzę i wystarczył tylko jeden jej ruch, a był jej. Malfoy mógł być sobie czystej krwi, mógł być arystokratą, ale wciąż był tylko mężczyzną, który dawno pokazał, że ma do niej słabość. Jakoś nie miała ochoty jednak w ogóle go dotykać.
            Dlatego też najzwyczajniej w świecie się od niego odwróciła i odeszła. Wiedziała, że będzie ją gonić i nie pomyliła się. Domyślała się też, że będzie zdenerwowany. Ale nie spodziewała się tego, że wyląduje na kamiennej, zarośniętej mchem ścianie jakiegoś sklepiku lub domku. Obawiała się, że to pobrudzi jej sukienkę, ale jakoś szybko odwróciła się od tych myśli, kiedy dostrzegła przed sobą rozwścieczonego Malfoya.
- I jak ja mam rozmawiać z tobą jak z człowiekiem?!
- Przyjmij do świadomości to, że może nie chcę z tobą gadać – bąknęła.
- Nie ma mowy – odparł.
- MALFOY! – krzyknęła wytrącona z równowagi, bo chciała pójść dalej, ale ten skutecznie ją zatrzymał. – Nawet się do mnie nie zbliżaj! – ostrzegła go.
- Mam do tego prawo – przypomniał jej.
- Nie masz najmniejszego prawa – odrzekła. Czuła się jakby miała w sobie wulkan, który miał za parę chwil naprawdę mocno wybuchnąć. Draco za dużo sobie pozwalał i bardzo jej się to nie podobało. Był zdecydowanie zbyt stanowczy, ale… Przecież właśnie to jej się w nim podobało, więc Melinie, dlaczego teraz narzeka?
- Jestem twoim chłopakiem, Granger – uśmiechnął się perfidnie, chociaż widziała, że wciąż jest zły na nią i na to, co się teraz między nimi działo.
- Wiesz co? Jesteś okropny – wygarnęła mu. – Perfidny, cyniczny, chamski, egoistyczny…
- Granger… - wtrącił się chłodnym głosem, ale ona go nie słuchała.
- …nie liczysz się z uczuciami innych, masz gdzieś to, co myślą i czują, jesteś absolutnie głupi i…
- Granger, zamknij się! – krzyknął.
Nic sobie z tego nie zrobiła, i wciąż zapewne by wymieniała bardziej obraźliwe uwagi na jego temat, więc najzwyczajniej w świecie, ku jej zdziwieniu przyciągnął ją za ramiona i pocałował cały wściekły. Aż się zdziwiła, że nie poraziła go prądem, kiedy go dotknęła. Malfoy wplótł rękę w jej włosy, a drugą objął ją w talii i przyciągnął jeszcze bliżej siebie. Cieszyła się, że są w dość oddalonym od ludzi miejscu. Miała ochotę go odepchnąć i pokazać mu, że nic sobie z tego nie robi, ale oczywiście nie potrafiła. Była zbyt słaba. Miała zbyt słabą wolę, by przerwać teraz jego pocałunki i jego błądzenie rąk. Uśmiechnęła się lekko i pogłębiła pocałunek. Malfoy był tylko facetem. Jak każdy inny, więc cieszyła się, że zachowała jasność umysłu, bo chłopak pod wpływem emocji zaczął jej podciągać sukienkę. W ostatniej chwili się wycofała.
- Opanuj się, jesteśmy w miejscu publicznym – upomniała go lekko zdenerwowana jego zachowaniem. Czasami był naprawdę nierozważny i dziecinny.  
- Chrzanić to – mruknął, ale ona z podłym uśmieszkiem oznajmiła.
- Nie ma tak dobrze.
Wiedział, że z nią nie wygra. Potrafiła być niezwykle irytująca i stanowcza jeśli chodziło o te sprawy. I chyba właśnie to w niej cenił. Ona jako jedyna nie traciła dla niego głowy jak inne i potrafiła normalnie myśleć w jego obecności. Zauważył, że jej oczy znowu posmutniały.
- Co jest, Hermiono? – spytał. Nie odpowiedziała od razu. Patrzyła się smutnymi, brązowymi oczami w jeden punkt i nagle odezwała się.
- Czy za mało razy udowadniałam ci, że jesteś dla mnie ważny? – mówiła cicho i powoli. Z bólem w głosie, którego nie udało jej się powstrzymać.
- Wiele razy mi to pokazywałaś – orzekł. Jego roztrzepane włosy poruszyły się pod wpływem delikatnego wiatru, a jej loki powiewały swobodnie – O co chodzi? – spytał się jej, bo milczała.
            W końcu zwróciła na niego wzrok swoich brązowych ocząt i uśmiechnęła się lekko, ale najwyraźniej przyszło jej to z trudem. Nie miała ochoty mu mówić o tym jak bardzo jego słowa ją zraniły. I że przez nie, ta cholerna ryska na sercu powiększyła się. Bała się, że jak tak dalej pójdzie to wszystko, co budowali runie. Bała się, że nie będzie mogła być z nim przez jakieś głupie tradycje rodzinne. Bała się, że zostanie sama ze złamanym sercem, bo nie mogła się przecież oszukiwać. On był arystokratą, a ona zwykłą dziewczyną z niemagicznej rodziny. Czy to uczucie z góry nie zostało skazane na niepowodzenie? Och, Hermiono, daj spokój. Dzień jest piękny, rozchmurz się i nie myśl o tym. Draco obiecał, że zrobi wszystko, co będzie w jego mocy. Dlaczego nie mogła w to uwierzyć?
- Chodźmy gdzieś – powiedziała chcąc oderwać się od ponurych myśli. Malfoy nie od razu się zgodził, bo zastanawiało go jej milczenie. Nie był głupi i wiedział, że coś było nie tak. Żałował swojego zachowania, żałował swoich słów, ale miał nadzieję, że nie przez nie tak bardzo cierpi. Przecież dał jej do zrozumienia, że to pieprzona zazdrość uczyniła go takim oschłym. Jego słowa nie były prawdą. Dla Granger mógłby zmienić nie tylko siebie. Dla niej mógłby zmienić cały świat.
 Wyszli na świeże powietrze i przechadzali się po sklepach.
- Wiesz co? Ja naprawdę nie wiem jak ja z tobą jeszcze wytrzymuję – palnęła nagle. Zauważyła szelmowski uśmiech na jego twarzy.
- Po prostu jest ci ze mną dobrze. A co nadal boli cię to, że znów przegrałaś zakład?
Skrzywiła się.
- Wierz mi nie tak bardzo. Bardziej boli mnie to, że chodzę z bardzo fikuśną tchórzofretką – dogryzła mu. Usłyszała jak wypuszcza gniewnie powietrze. Rozbawiło ja to. Może jednak ten dzień nie będzie taki zły? Hermiona chciała wykorzystać go całkowicie. A czy było coś lepszego od zdenerwowania i dokuczania Malfoyowi?
- Nie przypominaj mi o tym – odparł. Zachichotała z rozbawienia. Jego mina była po prostu bezcenna. Odszukała jego dłoń i wplotła w nią swoją rękę. Spojrzał na nią zdziwiony, ale ona tylko się uśmiechnęła. Nagle wszystko stało się piękniejsze. Widok roześmianych ludzi, uśmiech na buzi i obecność ważnej osoby obok mogły sprawić, że zapominało się choć na chwilę o kłopotach.
            Ciesz się życiem, Hermiono. Przecież miałaś wykorzystać ostatni rok szkolny jak najlepiej. Nie zmarnuj tego.

           
Od tamtego pamiętnego dnia minęły trzy dni. Ku uciesze Hermiony, Draco dostał paczką składniki do eliksirów. Na szczęście po wojnie listy i inne przesyłki nie były sprawdzane przez Filcha, więc przyłapanie ich na tym, że znoszą do szkoły rzeczy, które nie nadają się do normalnych eliksirów było nieprawdopodobne.
Hermiona spojrzała na zegarek, który stał w jakiejś starej, opuszczonej klasie. Siedziała na ławce, a obok siebie postawiła kociołek. Na kolanach otworzyła książkę i wpatrywała się w instrukcję. Nie wydawało jej się, że ten eliksir był ponad jej możliwości. Owszem, sposób przygotowywania był skomplikowany, nawet bardzo, ale Hermiona wierzyła w swoje umiejętności i wiedziała, że i tym razem uda jej się uwarzyć doskonały eliksir.
Jedyne, co ją powstrzymywało od zaczęcia to nieobecność Malfoya. Poszedł tylko do lochów po składniki i za chwilę miał być. Do cholery właśnie widziała, ile dla niego znaczyła „chwila”. Czekała tutaj prawie pół godziny, a jego ani śladu. Wątpiła, by sobie po prostu olał robotę. Wiedział jak bardzo jej na tym zależy. Ale w takim razie to gdzie on był?! Hermiona oparła się dla wygody o ścianę, wciąż siedząc na ławce. Próbowała się skupić na czytaniu, ale chyba po raz pierwszy jej się to nie udawało. Wskazówki zegara tykały niemiłosiernie głośno, przypominając tym samym o upływającym czasie. Czy on musiał się spóźniać?! Zacisnęła mocniej palce na okładce książki. Czy fakt, że musieli warzyć ten eliksir tylko w nocy nie był dostatecznie motywujący do tego, by się streszczać?
- Malfoy, rusz ten swój tyłek arystokraty… - odparła podenerwowana. Najwidoczniej sam zainteresowany nie miał najmniejszej ochoty się pojawić. Po pięciu minutach w ciszy, Hermiona eksplodowała. Trzasnęła książką i odłożyła ją gwałtownie na biurko. Zeskoczyła z niego i udała się go drzwi. Przed wyjściem rzuciła Zaklęcie Kameleona na kociołek i torbę ze składnikami. Ruszyła wściekła korytarzem. Jeśli za chwilę spotka na nim Malfoya, który jakby nigdy nic będzie się spokojnie przechadzać to nie ręczy za siebie. Chłopak miał niebywałą tendencję do denerwowania jej i to się chyba nie zamierzało zmienić. Szła wściekła korytarzami prosto do lochów.
- Uduszę go… Normalnie go uduszę – powiedziała cicho, chcąc rozładować emocje. Draco nie przejmował się tym, że ona ma szkołę, obowiązki, lekcje oraz własne życie. I tak przez robienie tego eliksiru będzie zarywać noce. Miała nadzieję, że to nie wpłynie na jej wyniki w nauce. Chyba by się załamała, ale dla Ginny wszystko. Mogłaby nawet powtarzać rok, byle pomóc przyjaciołom. Właściwie teraz to robiła. Nadrabiała siódmą klasę, bo rok wcześniej ruszyła na pomoc Harry’emu przy szukaniu horkruksów.
            Przez te rozmyślania nawet nie zauważyła, że na kogoś wpada. Upadłaby na posadzkę, gdy nie to, że czyjaś dłoń chwyciła ją i pociągnęła do siebie. Całkowicie rozbudzona i zdezorientowana tym wypadkiem, spojrzała do góry, by zobaczyć na kogo wpadła.
Przed sobą miała Zabiniego. Chłopak ostatnimi czasy zmienił się. Owszem, wciąż był zabawny i rozśmieszał wszystkich w każdej możliwej chwili, ale czasami Hermiona dostrzegała coś, czego nie powinno być w tym Zabinim jakiego poznała. Kiedy był sam stawał się ponury, schudł. Pytała go parę razy, co się z nim dzieje. Pytała się, czy przypadkiem nie jest chor, żeby poszedł do pani Pomfrey, ale ten odpowiadał jej „To o wiele bardziej skomplikowane, Miona”. Nie naciskała więc. Nie chciała się narzucać, ale bardzo martwiła się o Blaise’a. W tym roku spędzali ze sobą mnóstwo czasu. Niekiedy nawet samotnie, gadając i śmiejąc się. Traktowała go jak brata, którego zawsze chciała mieć. Był jej prawie tak samo bliski jak Harry i Ron. Gdyby wyjechał… Nie wyobrażała sobie życia bez Blaise’a. Razem z Malfoyem wnieśli powiew świeżości i humoru w jej życie.
- Hermiona! Jak dobrze, że jesteś! – zawołał Blaise. Jego głos był zdyszany. Czyżby jej szukał? A może Malfoya?
- O co chodzi, Blaise? – spytała i poprawiła kosmyki włosów, które opadły jej na twarz, gdy prawie spadła na zimną posadzkę.
- Malfoy…
- Nie mam pojęcia, gdzie ten idiota jest – odparła od razu, ale ten pokręcił głową.
- Nie o to chodzi. Ja wiem, gdzie on jest. Chodź lepiej ze mną, bo McGonagall jutro ogłosi śmierć dwóch uczniów!
Hermiona z początku zdrętwiała. Oczy miała szerokie jak galeony. Merlinie, co się działo z Malfoyem?! I dlaczego dwóch osób?

- Prowadź… - powiedziała słabym głosem do przyjaciela. Ten widząc, że ledwo trzyma się na nogach, wziął ją za rękę i pociągnął za sobą. 

~~~~~~~~~~~~~~~ 
Jak zwykle nie mam pomysłu, jeśli chodzi o tytuł notki, no ale mniejsza z tym. Przepraszam, że przerwałam w tym momencie, ale jakbym miała ciągnąć to dalej to notka stałaby się przeraźliwie długa. Jak coś to mam już trochę kolejnej, więc postaram się dodać ją szybciej. Może nawet w ciągu 3 dni ;)
Pozdrawiam
Sheireen ♥

środa, 3 lipca 2013

Niedostępny Raj


Hermiona wyszła z magazynku z eliksirami. W torbie ukryła wszystkie potrzebne jej narzędzia i składniki do eliksiru. Draco wysłał już list z zamówieniem ostatnich składników do przepisu. Musiało się udać. Jeśli pójdzie dobrze, to dostaną je jeszcze dzisiaj i w nocy będą mogli zaczynać warzyć eliksir. Skorzystała z tego, że nauczyciele jak i uczniowie byli na obiedzie i wkradła się do magazynu. Teraz wróciła do dormitorium, by wszystko wypakować i dokładnie przejrzeć, czy na pewno wszystko mają. Nie miała za dużo czasu, ponieważ za chwilę rozpoczną się lekcje. Jak ona nie lubiła środy. Zawsze była najcięższa. Na dodatek był to środek tygodnia, co jeszcze bardziej ją męczyło. Miała już numerologię i runy. Teraz czas na transmutację, historię magii, zaklęcia i zielarstwo. Przynajmniej nie dowalili jej eliksirów, za co dziękowała Merlinowi. Zgarnęła na jeden bok na biurku książki i pergaminy, a na ich miejsce wyłożyła składniki. Niektóre przez rękawiczkę, bo wręcz brzydziła się ich dotknąć. W jednym ze słoików pływało coś, co dziwnie przypominało jej o wiele bardziej zmasakrowane oko Moody’ego. Powstrzymała ruch wymiotny i odstawiła słoik na biurko. Przeliczyła dokładnie wszystkie zioła. Wszystko się zgadzało. Potrzebowali tylko tych paru niedostępnych składników. Miała nadzieję, że uda im się zdobyć kieł mglistego węża. Zdała sobie sprawę, że był on bardzo drogi i rzadko dostępny na rynku. Nawet na czarnym rynku. Wszystko wszystkim trzymała się wersji, że im się uda.
            Spojrzała na zegarek stojący na kominku. Miała jeszcze dziesięć minut do rozpoczęcia lekcji. Wypakowała książki od numerologii i runów, a schowała transmutację i pozostałe, dzisiejsze przedmioty. Założyła torbę na ramię i wyszła z dormitorium. Zauważyła karteczkę na tablicy ogłoszeń. Hogsmeade w sobotę. Jak cudnie. Ucieszyła się z wypadu do wioski. W końcu będzie miała trochę czasu, by odpocząć i zabawić się. Potrzebowała też nowego pióra. Ostatnio zaczęły jej się podobać pawie pióra. To jak mieniły odcieniami tęczy pod wpływem ruchu. Oderwała wzrok od tablicy i ruszyła prosto do Sali transmutacji. Po drodze skonfiskowała jakiemuś małemu Puchonowi latający, gryzący dysk i nawrzeszczała na Irytka, który rzucił w nią pociskami w postaci kredy. Weszła do klasy równo z dzwonkiem. Kierowała się właśnie do swojej ławki, kiedy poczuła jak ktoś łapie ją za łokieć i usadza na krześle obok. Zdziwiona spojrzała prosto na… Rona. Odetchnęła z ulgą.
- O co chodzi, Ron? – spytała. Przecież wiedział, że siedziała z Ginny, a on z Harrym. Najwidoczniej Potter zmówił się z Rudzielcem, bo Harry bez żadnych spojrzeń ruszył do ławki razem z Ginny. Zerknęła na Rona oczekując od niego odpowiedzi.
- Nic, po prostu chciałem usiąść z tobą – wzruszył ramionami. Może Hermiona wszędzie doszukiwała się jakiegoś podstępu, bo dla niej nie było już normalne to, że przyjaciel chciał po prostu z nią usiąść. No, ale to nie było normalne. Przynajmniej dla niej, bo to przecież Ron. Stęsknił się? Aż prychnęła. Szczerze w to wątpiła.
- Ostatnio nie mamy sposobności w ogóle porozmawiać – zaczął Ron cicho, kiedy McGonagall pisała temat na tablicy. Hermiona od razu zapisała go w zeszycie, słuchając przy okazji Rona.
- Ron, przecież cały czas gadamy… - zmarszczyła brwi – Kiedy jestem w Pokoju Wspólnym, to zawsze przesiadujemy razem.
- Kiedy jesteś w Pokoju Wspólnym – podkreślił Weasley – A ty już rzadko kiedy tam przesiadujesz. Wciąż albo w swoim dormitorium z Ginny lub Malfoyem, albo gdzieś się szlajasz z tym tlenionym baranem*… - Hermiona dostrzegła jak pióro Rudzielca robi dziurę w zeszycie. Westchnęła i przetarła twarz dłońmi. Czeka ją świetna rozmowa. Nie ma co.
- Nie chodzę wszędzie z Malfoyem – odparła szybko. Nie chciała wypowiadać imienia Ślizgona przy Ronie. Wiedziała, że nie byłby to dobry pomysł. Ron miał właśnie coś powiedzieć, kiedy Hermiona uniosła rękę na znak, by milczał. Profesorka właśnie tłumaczyła jak transmutować zwierzę w inny gatunek. To było interesujące i nie zamierzała uronić ani jednego słowa McGonagall. Na oczach całej klasy kobieta transmutowała wielkiego, egzotycznego ptaka (którego wcześniej uzyskała ze zwykłego ananasa) w majestatycznego pawia. Hermiona od razu zwróciła uwagę na jego piękno. Och nie, musi mieć pawie pióro do pisania. Kiedy nastąpiły „ochy” i „achy” po transmutacji dyrektorki, uczniowie zabrali się za swoje ołówki, by je przetransmutować w ptaka, któremu miało się później zmienić gatunek.
            Hermiona bez problemu przetransmutowała ołówek w… pingwina.
- Och – uśmiechnęła się do malutkiego, pingwinka – Jaki on śliczny – odwróciła się w stronę Rona, którego ptak wyglądał jakby był z drewna tego samego, co ołówek. Pokręciła w myślach głową.
- Skup się, Ronald – oznajmiła. Malutkiego pingwina z ciężkim sercem przetransmutowała za drugim razem. Zastąpił go czarny orzeł. Hermiona uznała, że zdecydowanie lepiej wyglądał ten słodziutki nielotny.
- Ja się skupiam – wycedził przez zęby Ron. Po chwili zaczął tam bardzo wymachiwać różdżką, że wypadła mu w ręki i uderzyła prosto w głowę Harry’ego, który śmiał się głośno z upośledzonego ptaka Ginny. Hermiona widząc całą scenę zachichotała głośno.
- Właśnie widzę, jak się skupiasz – z trudem powstrzymywała chichot. McGonagall właśnie przechadzała się pomiędzy ławkami, by pomóc uczniom w zaklęciu. Harry rzucił Ronowi różdżkę, a ten zamiast złapać, dostał kawałkiem magicznego drewienka prosto w nos. Hermiona zakryła usta dłonią i zdusiła głośny śmiech.
- Bardzo śmieszne – mruknął Weasley pocierając czubek nosa – Głupie ptaszysko! – warknął i już miał się zamachnąć ręką, by zgodzić zwierzę z biurka, kiedy Hermiona złapała go za dłoń.
- Nie denerwuj się, Ron. Popatrz – wsadziła mu różdżkę do ręki i złapała za nadgarstek. Poruszyła nim wolno, ale skutecznie. Po chwili przed nimi na ławce ćwierkała wesoło sikorka.
- Dzięki – speszył się Ron. Hermiona uśmiechnęła się w odpowiedzi. Zawsze uwielbiała dzielić się wiedzą i pomagać innym. Nie chwaliła się nigdy umiejętnościami, by upokorzyć innych. Owszem, nie ukrywała tego, że jest niezwykle mądra tylko starała się to wykorzystywać jak najlepiej potrafiła.
- Brawo dla panny Granger i pana Weasleya. 20 punktów dla każdego z was za doskonałą transmutację – pochwaliła ich Minerwa McGonagall, przechodząc obok biurka. Hermiona uśmiechnęła się delikatnie do dyrektorki i odwróciła w stronę Rona. Ćwiczenia mieli już za sobą, więc mogli spokojnie spędzić czas na gadaniu.
- O matko, Ginny! – rozległ się przerażony głos dyrektorki – Coś ty zrobiła tej biednej ptaszynie?
Ruda zarechotała, ale szybko przemieniła stworzenie z powrotem w ołówek. Dyrektorka pokręciła głową nad zachowaniem dziewczyny i poszła dalej między ławkami. Hermiona zwróciła się w stronę Rona, który miał poważny wyraz twarzy. Oho, czyli to jeszcze nie koniec z rozmową. A mogło być tak dobrze. Najwidoczniej jak zwykle się przeliczyła.
- Znów się bratasz z wrogiem… - wtrącił nagle. Jego mina była tak przygaszona jak nigdy. Hermiona westchnęła w duchu. Powtórka z czwartej klasy? Pięknie. Po prostu cudownie. Nie chciała się już kłócić z przyjacielem, ale najwidoczniej znów się szykowała sprzeczka. Błagam, Ron nie zaczynaj tego. Czy już nie wyjaśniliśmy sobie wszystkiego?
- Przestań – syknęła. – Ile można powtarzać, że wojna się już skończyła? Ja rozumiem, że wasze rodziny się nienawidzą, ale… Skończ już z tym. – rozkazała niezbyt zadowolona.
- Odciąga cię od nas. Pewnie robi to celowo. Ginny też przepadła. – patrzył na nią z nieodgadniętym wyrazem twarzy. Och, tylko niech nie zaczyna czegoś knuć przeciw nim. Nie wszczynaj kłótni, nie wszczynaj kłótni…
- Nikt tutaj nie przepadł. To prostu przełamaliśmy barierę między wrogami.
Pozostał niewzruszony.
- Co nie zmienia faktu, że Malfoy cię zmienił i odciągnął ciebie od nas – jego sikorka wzbiła się w powietrze i narobiła na szatę uczniowi siedzącemu z tyłu. Może i zdobyłaby się na jakiś uśmiech, ale chyba straciła już dobry humor. Oczywiście przez kogo? Przez Rona. I po cholerę chciał, by obok niego usiadła? Nie miała najmniejszej ochoty być obok niego ani sekundy dłużej. Bo ileż można? Czemu ciągle czepiał się tych samych tematów? I czy rzeczywiście Malfoy odciągał ją od przyjaciół? Nie, to absurdalne. Głupie. Owszem spędzała z nim bardzo dużo czasu, ale… Przecież wciąż pamiętała o przyjaciołach i nie chciała, by odebrali to w taki sposób. Nie miała zamiaru odpowiadać Ronowi. Uznała, że może po części to on miał rację. Musi się trochę ograniczyć w spędzaniu czasu z Malfoyem. Tak będzie najlepiej. Oczywiście teraz będą przesiadywać ze sobą każdy wieczór na sporządzaniu eliksiru, ale nie miała wyboru. Ginny nic nie wiedziała o tym, co planuje wraz z Malfoyem. Nie miała pojęcia o eliksirze, który przygotowywali dla niej, by jej pomóc. Może i Ruda sprawiała wrażenie twardej, ale Hermiona widziała, że z trudem sobie radziła z wampiryzmem. Przełamywała się do tego, by jeść i pić normalne jedzenie, ale Hermiona wiedziała jak ciężko jest jej panować nad instynktami. Nie wiedziała, ile czasu tak siedziała w całkowitej ciszy. Ron też już nie naciskał. Przynajmniej tyle zrozumiał. Zadźwięczał dzwonek i szybko spakowała swoje rzeczy do torby. Reszta lekcji minęła zaskakująco szybko. Rudzielec nie zamierzał już z nią siedzieć, co przyjęła z wielką ulgą i wdzięcznością. Szybkim krokiem wracała z zielarstwa razem z Ginny, ponieważ rozpętała się prawdziwa ulewa. Niestety nic im to nie pomogło. Wróciły do zamku całkowicie zmoczone. Hermiona osuszyła się różdżką, ale i tak poszła się przebrać do pokoju. Zerknęła na kominek. Malfoy się przez niego do niej teleportował. Właściwie to zawsze, kiedy miał na to ochotę. Coś się w niej obudziło. No nie. Zero prywatności. Machnęła różdżką, tym samym blokując dostęp do jej kominka. Uśmiechnęła się lekko pod nosem. Zdecydowanie lepiej.
Nałożyła na siebie zwykłe legginsy i wygodną tunikę. Musiała udać się do biblioteki, by odrobić wszystkie prace i mieć je z głowy. Nie miała na to siły, ale tak będzie o wiele lepiej niż tak jak Harry i Ron, zostawiać wszystko na ostatnią chwilę. Ona przynajmniej miała wolne weekendy, podczas gdy oni odrabiali wszystkie prace i pisali wypracowania w niedzielne wieczory. Chyba powinna dziękować za to, że miała tak wielkie zdeterminowanie do nauki.

Hermiona siedziała nad książkami w bibliotece, rozkoszując się błogą ciszą, której nie mogła zaznać w Pokoju Wspólnym. Pisała właśnie esej dla Binnsa o strategii wojennej najbardziej krwawej wojny między czarodziejami a magicznymi stworzeniami z 1763r. To było tak interesujące, że nawet wypalona dziura przez świeczkę na stole wydawała się o wiele ciekawsza dla Hermiony. Nie narzekała jednak. Miała na stole otwarte pięć książek, które pomagały jej przy pisaniu eseju. Jej notatki z lekcji też okazały się być bardzo przydatne. Zawsze była z siebie dumna, że nie usypiała na lekcjach mimo monotonnego i śpiącego głosu Binnsa, który działał jak środek nasenny na wszystkich, którzy go słuchali. Sama się dziwiła, że przez te wszystkie lata się temu opierała. Opłacało się. Miała najlepsze oceny w całej szkole z tego przedmiotu. Nie żeby jakoś wiązała z tym przyszłość, ale wiedzą nie można było gardzić.  Postawiła właśnie ostatnią kropkę kończącą esej. Przeczytała swoją pracę i po paru małych poprawkach zwinęła pergamin i wrzuciła razem z piórnikiem do małej, poręcznej torby. Może to było dziwne, ale miała zawsze dwie torby na zapas. Od nadmiaru książek materiał zawsze pękał i nie dało się go odratować. Cicho przeszła na dział z historią magii o wojnach i odłożyła na miejsce książki. Miała już wychodzić z biblioteki, kiedy jej uwagę przyciągnęły regały z „Księgami Zakazanymi”. Rozejrzała się, czy pani Pince nie ma w pobliżu. Nie żeby się jej bała. W końcu uczniowie ze starszych klas mogą wchodzić bez żadnego oskarżenia na te tereny, ale… ona zawsze jakoś niezbyt chętnie szukała tutaj informacji. Omijała to miejsce szerokim łukiem. Ostatni raz była tutaj wtedy, kiedy szukała eliksiru na wampiryzm przyjaciółki. Ale wcześniej? Hmm… jakoś sobie zbytnio nie przypominała. Nie przepadała za tym miejscem.
Weszła między regały z zakazaną literaturą. Co cię do jasnej Morgany popchnęło, Hermiono? Sama nie znała odpowiedzi na to pytanie. Może najzwyczajniej w świecie miała taką zachciankę, albo była głupia? No bo chyba nie bez powodu wędruje się tymi ścieżkami. Nagle wpadło jej na myśl, że może tą samą drogą, między tymi samymi regałami przechadzał się Tom Riddle. Drgnęła. Dotykał tych samych książek. To było tak dawno. To okropne, że ktoś tak inteligentny wybrał złą ścieżkę. Chociaż Tom Riddle nie miał udanego dzieciństwa. Czasami nawet mu współczuła. „Nie żałuj umarłych, Hermiono. Żałuj żywych, a przynajmniej tych, którzy żyją bez miłości”.
Westchnęła, kiedy pomyślała o tych słowach. Voldemort należał do przeszłości. Nie zamierzała dłużej zajmować sobie nim głowy. Chodząc po dziale z księgami zakazanymi uznała, że może warto by było poszukać czegoś, co pomogłoby jej, jakby eliksir nie zadziałał. Oczywiście taka możliwość nie wchodziła w grę, ale zawsze warto mieć plan B. Ewentualnie C, jakby plan B nie wypalił. Tak, ona zawsze chciała mieć na wszystko przygotowaną odpowiedź i zaplanowany tok działania. Jej wzrok wędrował po grzbietach książek. Niektóre były złuszczone, a na niektórych były wygrawerowane niezwykle starożytne runy. Jeszcze starsze niż te, których się uczyła. Pewnie by je rozszyfrowała, ale teraz nie miała na to czasu, a on z pewnością byłby jej potrzebny przy takiej robocie. Na szczęście trafiła na coś, co ją zainteresowało. Ostrożnie stanęła na palcach i wyciągnęła wielkich rozmiarów zakurzoną księgę. Położyła ją delikatnie na stoliku i zdmuchnęła kurz. Przewróciła kartki tak jakby były wykonane z najcieńszego i najbardziej kruchego szkła. Oparła dłonie po obu stronach tomiska i zaczęła czytać, gdy nagle coś wyrwało ją z zamyślenia.
- Proszę, proszę, Granger w dziale ksiąg zakazanych – chłodny głos zadźwięczał za jej plecami. Natychmiastowo się odwróciła jak oparzona. Jej serce zabiło jak szalone, gdy zobaczyła przed sobą nie kogo innego jak samego Teodora Notta. Och, nie! Nie, błagam nie on! Dlaczego zawsze musiała mieć takie szczęście, że trafiała na kogoś, kogo akurat najmniej chciała widzieć? Takie życie, Hermiono. Pogódź się z tym, że nie masz najwidoczniej tak wiele szczęścia.
Nott opierał się nonszalancko o regał, ale gdy tylko zobaczył jej reakcję na jego widok, odbił się od niego i ruszył powoli w jej stronę. Zatrzasnęła książkę. Mimo tego, że byli sami w tak wielkim pomieszczeniu to poczuła jak się dusi. Szybko odłożyła książkę na swoje miejsce, by Nott nie dowiedział się, czego szukała. Niestety był już przy niej. Zagwizdał cicho. W końcu wciąż znajdowali się w bibliotece, gdzie w każdej chwili bibliotekarka mogła ich z niej wyrzucić. To by był dopiero obciach. Być wyrzuconym z biblioteki. Och, okropność…
- Knujesz coś, szlamo? – przeszedł za jej plecami i niby przypadkowo pobawił się jej lokiem. Wszystkie mięśnie Hermiony napięły się. Odwróciła się do niego przodem z żądzą mordu w oczach. Widząc to Ślizgon zaśmiał się cicho.
- Czego tu szukasz? – spytał się i oparł naprzeciw niej o biurko.
- Szukałam jakiegoś niezwykle paskudnego zaklęcia, którym mogłabym cię przekląć – syknęła gniewnie. Spojrzała prosto w jego zimne oczy. Niczym bryły lodowe. Tak bardzo chłodne.
- Nie podejrzewałem cię o taką znajomość czarnej magii. Najpierw Sectumsempra, teraz takie słowa… - podniósł jedną brew, a na jego twarzy zagościł tajemniczy wyraz. Hermiona zagryzła wargę. Czy rzeczywiście tak to wyglądało w jego oczach?
- A co ty tu robisz? – spytała. Nie chciała trwać w tej krępującej ciszy. Po prostu nie chciała, by jej wróg milczał. No właśnie. Wróg? Nie wiedziała jak go określić. Jego zachowanie wobec niej było zdecydowanie bardzo dziwne.
- Ruszyłem tutaj za tobą, by sprawdzić, czego szuka taka szlama jak ty – zakpił. Zacisnęła pięści, ale nie zamierzała dać się wyprowadzić z równowagi. Ostatnio za często ją traciła, co nie było do niej podobne. Wojna zmienia ludzi. Ona stała się bardziej wybuchowa. Śmiech. Płacz. Gniew. Potrafiła wyrażać swoje emocje o wiele bardziej niż kiedyś. Sama nie wiedziała, czy to dobrze, czy raczej było to dla niej przekleństwem.
- Nie twój interes, Nott – wycedziła przez zaciśnięte zęby i odwróciła się do niego plecami, by odejść.
- Ale, ale! – w jednej chwili została dość brutalnie złapana za ramię i popchnięta na ścianę. W oczach Ślizgona dostrzegła niebezpieczne, wściekłe iskry. Oho, nie było dobrze. Wprowadziła go w taki stan, którego się najbardziej bała. Cudownie, Hermiono, sama do tego doprowadziłaś.
- Zostaw mnie – warknęła. Chyba po raz pierwszy pragnęła, by zjawiła się pani Pince. Oczywiście nic takiego nie nadeszło. Zadziwiające jak los może sobie z niej kpić.
- Żadna szlama mnie nie lekceważy, a już na pewno nie ty. – jego głos był tak bardzo przepełniony jadem i wściekłością – Możesz być sobie przyjaciółką Pottera, która uwolniła ten cholerny świat od zła, możesz być najmądrzejszą czarownicą i dziewczyną Dracona, ale to nie zmienia faktu, że jesteś zwykłą szlamą, która powinna mieć szacunek do lepszych od siebie – wręcz wypluł te słowa.
- Chyba nie mówisz o sobie? – odgryzła się. Nienawidziła jak ktoś ją tak traktował. Nienawidziła Ślizgonów. Nienawidziła tych wszystkich pogiętych arystokratów. Nie miała zamiaru tak łatwo mu się poddać. O nie. To, że jest tak zwanej czystej krwi nie oznacza, że jest lepszy i ma prawo do pomiatania nią.
- Na pewno nie o tobie – zmrużył oczy, które przewiercały ją na wskroś. Przybliżył się jeszcze bardziej, co ona przyjęła ze strachem w oczach. Nie podchodź. Do cholery nie rób tego!
- Nie zbliżaj się do mnie, bo oberwiesz – odparła. Po chwili zdała sobie sprawę jak głupio musiało to zabrzmieć. Co ona mogła mu zrobić? Był wyższy, silniejszy i równie umiejętny.
- Przekonajmy się.
Jednym krokiem pokonał dzielącą ich przestrzeń. Hermiona w przypływie odwagi, która równie dobrze mogłaby już w ogóle się schować, zamknęła oczy i odwróciła głowę, chowając ją za kurtyną brązowych loków. Jej dłonie zostały przyciśnięte do zimnej ściany. Poczuła jak Teodor Nott się nad nią pochyla. Nie, błagam nie to… Tylko nie to. Hermiona rozpaczliwie próbowała się wyrwać. Ostatnim, co jej zostało to krzyk. Zwoła tym od razu pani Pince. Nott będzie zmuszony się od niej odsunąć. Otwierała już wargi, kiedy ten bezczelnie zamknął jej usta dłonią.
- Nawet nie próbuj wzywać tej jędzy – ostrzegł ją z groźnymi błyskami w oczach. Zawyła w duszy z rozpaczy. Była beznadziejna. Na Merlina wyrwij się po prostu, Hermiono! Dasz radę temu Ślizgonowi. Nie jesteś słaba.
            Serce biło jej jak szalone. Teodor musiał to wyczuć, bo uśmiechnął się wrednie. Przeszło jej przez myśl, czy on przypadkiem świetnie się nie bawi, kiedy zmusza ludzi do strachu.
- Aż tak na ciebie działam? – usłyszała jego szept przy uchu i poczuła chłodny oddech chłopaka. Ona sama oddychała bardzo szybko. Skrzywiła się i sama nie wiedziała, skąd wzięła siłę, by mu odpyskować.
- Brzydzę się ciebie.
Zaśmiał się cicho. Sadysta. Psychopata. Wariat. Nie mogła się pozbyć tych myśli. Miała do czynienia najzwyczajniej w świecie z szalonym człowiekiem. Który miał chyba rozdwojoną naturę. Tyle masek. Najwidoczniej przeciw niej najczęściej przybierał maskę szaleńca.
- Nie wiesz, co mówisz – bawił się jej lokiem. Hermiona dumnie podniosła głowę i spojrzała mu prosto w oczy. Przecież była Lwem. Nie mogła tak beznadziejniej się poddawać Wężowi. A już na pewno nie tak obślizgłemu gadowi jakim był Nott.
- Mówię ostatni raz. Zostaw. Mnie. – wycedziła cicho. Wszystko wszystkim teraz w takich okolicznościach bała się ściągnąć do siebie bibliotekarkę. Zapewne posłała by w ich kierunku zdegustowane spojrzenie. Bo to, w jakiej pozycji znalazła się teraz ze Ślizgonem nie było normalne. To trochę wyglądało tak, jakby obściskiwali się i flirtowali w kącie biblioteki w dziale ksiąg zakazanych. Niemiły dreszcz przeszedł jej po plecach. Bliskość chłopaka okropnie na nią wpływała. Nienawidziła jak ktoś, kto nie miał na imię Draco, był tak blisko niej. Nie dopuszczała do siebie myśli, że mogłaby zdradzić chłopaka z innym.
- Jakby to ująć… - zamyślił się przez parę sekund Nott – O mam. Nie, Granger, nie zostawię cię.
Próbowała się rozpaczliwie wyrwać. Miała ochotę zrobić mu taką krzywdę jak nikomu innemu.
- Co ja ci zrobiłam? A może wciąż działasz dla Narcyzy? – spytała chłodno.
- Narcyza nie ma z tym nic wspólnego. To tylko i wyłącznie moje przyjemności – mruknął jej do ucha. Jęknęła cicho, co on skwitował szaleńczym, cichym śmiechem. Gdy to robił przyprawiał o tysiące przerażających dreszczy.
- Nie jestem twoją przyjemnością i nigdy nią nie będę – warknęła. Zupełnie nie wiedziała co robić. Ciągła szamotanina nic jej nie pomagała. Jedynie odbierała siły.
- Nigdy nie interesowałem się dziewczynami. Aż w końcu pojawiła się ta jedyna. Wyjątkowa – spojrzał jej w oczy. Przełknęła ślinę, ale coś mówiło jej, że nie chodziło mu o nią. – Oczywiście Draco jak zwykle odebrał mi wszystko, co było dla mnie ważne. Zemsta jest słodka. Nawet jeśli chodzi o szlamę. – jego głos, jego chłodny oddech. O nie, Hermiona nie miała zamiaru być narzędziem zemsty w rękach Notta. On ją jeszcze popamięta. Nie można jej wykorzystywać. Do cholery była człowiekiem!
Poczuła tak wielką złość jak nigdy wcześniej. Z całych sił wyrwała się Ślizgonowi i go odepchnęła tak, że się zatoczył. Mogła uciec, oczywiście, ale nie chciała tego. Popchnęła ponownie Ślizgona tak, że upadł na podłogę. Machnęła różdżką szybko, by nałożyć zaklęcie Muffliato. Nikt nie może im teraz przeszkodzić. Absolutnie.
- Zemsta jest słodka, powiadasz? – syknęła. Wycelowała w niego różdżkę i pochyliła lekko. Ku jej oczekiwaniom Nott na początku był zdezorientowany, ale szybko się otrząsnął i przywołał na twarz pogardliwy uśmiech.
- Co ty mi możesz zrobić, Granger. Ty żałosna…
- Nie kończ – ostrzegła go.
- Szlamo – uśmiechnął się ironicznie. Hermiona nie wytrzymała. Nie miała ochoty wysłuchiwać pod swoim adresem takich słów. Miarka się przebrała. Tolerowała to, mimo iż sprawiało jej to ból. Teraz było tego za wiele. Wypaliła dziurę w szacie Notta. Zauważyła, że jego skóra została w tym miejscu osmalona.
- Tylko tyle? – zakpił. Zazgrzytała zębami. Do cholery, nie da mu się wyprowadzić z równowagi.
- Nie chcesz, bym to zakończyła – warknęła.
- Jesteś za słaba, by ze mną skończyć – popatrzył jej prosto w oczy.
- C-co? – zdezorientowała się. Jak to skończyć? Nie miała zamiaru go przecież… Ałć! W jednej chwili Ślizgon wykorzystał jej zdezorientowanie i złapał za nadgarstek, by po chwili powalić ją na podłogę obok siebie. Wyrwał jej różdżkę i nachylił nad nią z satysfakcją na twarzy.
Głupia, głupia, GŁUPIA! Jak mogła tak łatwo się wytracić z równowagi? No jak? I jak mogła tak łatwo dać się zdezorientować? Boże, ona serio była beznadziejna. Była zbytnio porywcza. O tak. Zdecydowanie.
- I kto tutaj jest teraz górą? – rzekł. Nie ograniczał się już tylko do szeptu. Wiedział, że Hermiona rzuciła zaklęcie wyciszające i nawet jej krzyki nie ściągnęłyby tutaj bibliotekarki. Rzucił jeszcze zaklęcie, które odbierało chęć przyjścia na dział Ksiąg Zakazanych wszystkim tym, którzy chcieliby tutaj zajrzeć. Łącznie z Pince.
            Popatrzył na dziewczynę, która była najwidoczniej wściekła, a najbardziej na siebie. Uśmiechnął się w duchu z jej głupoty. Chciał sprawić, by krzyczała. Najlepiej z bólu. Ta szlama zdecydowanie za bardzo wdała mu się we znaki. Powinna wiedzieć, gdzie jej miejsce.
            Nachylił się nad nią i rozpiął trzy pierwsze guziki jej tuniki. Nie miał zamiaru jej nic zrobić, to oczywiste, ale przerażenie malujące się na jej twarzy było tak przyjemnym widokiem jak żaden inny. Sam nie wiedział, co mu uderzyło do głowy. Niby ona nic mu nie zrobiła. Niby do niej nic nie miał, a jednak… To była dziewczyna Dracona Malfoya. Jego oczko w głowie. Ktoś, w kim w końcu się zakochał. Nie był głupi i zauważył to. Chciał teraz, by Draco cierpiał tak jak on wtedy, kiedy odebrał mu dziewczynę, którą kochał. Teodor był pewny, że już nigdy takiej nie spotka. Ona była wyjątkowa. Nie taka jak wszystkie inne. Może nawet trochę przypominała Granger, co jeszcze bardziej podniosło mu ciśnienie. Myśl, że Draco ma kolejną, podobną do niej dziewczynę, podczas gdy jemu nic nie zostało. A niby byli przyjaciółmi.
- Zabieraj ode mnie łapy, synu śmierciożercy – odezwała się rozpaczliwie. I wtedy coś w nim pękło. Nienawidził ojca. Służył Czarnemu Panu i chciał go w to wciągnąć. Wiele zapłacił przez odmowę. Anthony Nott zabił najbliższą mu osobę. Matkę. Ojciec nigdy jej nie kochał. Małżeństwo z przymusu, zero uczuć. On tak nie chciał, ale to chyba było najlepsze. Nie miał już nikogo, kogo chciał obdarzyć uczuciem.
- Nie jestem jego synem! – krzyknął wściekły. Ta Gryfonka na zbyt wiele sobie pozwalała. Ona tylko prychnęła.
- Oczywiście – zakpiła, co jeszcze bardziej podniosło mu ciśnienie – Dlaczego nie byłeś u boku Voldemorta? Nie chciał kogoś tak beznadziejnego jak ty?
- To ja nie chciałem! – krzyknął. Krzywda. Tylko tyle pragnął dla tej dziewczyny. Podniósł rękę, by wymierzyć jej siarczysty policzek. Dostrzegł dziwne przebłyski strachu w jej oczach i w ostatniej chwili się powstrzymał. Chciał uderzyć kobietę. Miał zamiar zachować się tak karygodnie jak jego ojciec. Nigdy nie będzie taki jak on. Ukłucie w sercu. Lekkie przerażenie. Grace.
            Hermiona doznała szoku, kiedy chłopak zaczął się tak wściekać. Nie spodziewała się u niego takiej gwałtowniej reakcji. Kiedy podniósł na nią rękę przez chwilę się przestraszyła, ale przygotowała się na to. Jednak nic takiego nie nastąpiło. O Merlinie. Nott zatrzymał się parę centymetrów od jej policzka. Zauważyła zmianę w jego twarzy. Jak zwykle była nieodgadniona i tajemnicza, ale oczy… One były zwierciadłem duszy. Zauważyła, lekkie przerażenie. Chyba nigdy w tak krótkim czasie nie czuła tylu emocji. Była przestraszona, wściekła, czuła pogardę, a teraz? Teraz czuła… współczucie. Zauważyła, że chłopak cierpi. Chciała mu pomóc. Nott odrzucił jej różdżkę i odwrócił się od niej. Wstała szybko. Zapięła guziki i podeszła ostrożnie do niego. Odgarnęła kosmyki włosów, które opadły jej na twarz.
- Nott? – spytała cichutko. – Ja… przepraszam cię za to.
Tak. Powiedziała to. Ale naprawdę czuła się lekko wina temu, że chłopak tak się teraz zachowywał. Musiała go w jakiś sposób zranić. A ona nienawidziła jak raniła swoim zachowaniem ludzi.
            Sama nie wiedziała, dlaczego jest taka… głupia. Przecież był dla niej podły. Zachowywał się jak zwykła świnia, jakby była niczym. Powinna się od niego odwrócić i czuć do niego pogardę, ale nie potrafiła. Jej cholerne sumienie. Jej dobre serce dało o sobie znać.
- Idź stąd, Granger. – rozkazał. Nie ruszyła się z miejsca.
- Co cię powstrzymało?
Odwrócił się w jej stronę wściekły.
- A co, chcesz bym to dokończył? – warknął. Zmrużyła oczy.
- Nie, nie chcę. Ale… Teodorze, cokolwiek się stało… - próbowała ostrożnie. Chłopak skrzywił się, gdy wypowiedziała jego imię.
- Nie wtrącaj się w nieswoje sprawy.
Westchnęła i zacisnęła usta. Może była natrętna, ale nie zamierzała tak łatwo odpuszczać.
- Powiedz mi.
- A KIM TY W OGÓLE JESTEŚ, BYM CI POWIEDZIAŁ?! – krzyknął. Drgnęła i cofnęła się o krok. Spojrzała na niego ostatni raz. Bardzo przenikliwie. Po czym bez słowa wyszła z biblioteki.
            Kiedy zniknęła za rogiem złapał się za głowę. Teodor zupełnie nie miał pojęcia, co się z nim stało. Po głowie chodziły mu tylko dwie osoby. Granger – ta cholernie nieznośna Gryfonka, która tak na niego działała, i która była dziewczyną znienawidzonej przez niego osoby. I druga osoba… Ona. Była cudowna, ale odeszła. Najwidoczniej nigdy nie mogła być jego. Najwidoczniej dla niego było przypisane tylko musnąć skrawek raju, jakim była. Dziewczyna o kruczoczarnych, długich, kręconych włosach i brązowych oczach, przypominające najpiękniejszy zachód słońca. To była Ona. Jego Raj, którego nigdy nie zaznał. Skazany na piekło. Na wieczne cierpienie bez Niej. Bez Niej wszystko co miał traciło sens. Dlatego się taki stał. Jego kochana Grace…

~~~~~~~~~~~~~~~ 
* Dla Madeline, bo rozwaliła mnie wzmianką o tlenionym baranie xd
 Rozdział miał być wczoraj, ale z powodów technicznych (jakimi jest wyczerpanie baterii w klawiaturze bezprzewodowej), nie miałam okazji go ukończyć. Musiałam pożyczyć laptopa od siostry, by wkleić ten rozdział. Dzięki jej za to. Wakacje mijają spokojnie. Oczywiście na razie ;)
Pozdrawiam
Sheireen ♥