wtorek, 16 lipca 2013

List

            Obudziły ją jak zwykle promienie słoneczne przeciskające się przez aksamitne zasłony. Podniosła się zmęczona z łóżka. Zauważyła, że Malfoya nie ma w jej pokoju. Albo wyszedł, albo zostawił ją, gdy tylko spokojnie zasnęła. Podeszła do okna i otworzyła je. Od razu do jej nozdrzy dostał się zapach po nocnej burzy i trawy. Odetchnęła głęboko całą piersią. Delikatny wiaterek zdawał się oczyszczać jej udręczone myśli. Mimo wszystko gdzieś w głębi duszy czuła się strasznie winna śmierci Ślizgona. Tak bardzo chciała, by to nie była prawda. Jednak nie mogła cofnąć czasu. Nawet ze zmieniaczem czasu. Nie wpłynęłaby na decyzję Notta. Miała tylko nadzieję, że ona nie była powodem, przez którego posunął się do takiego czynu. I że jego duch nie będzie jej nawiedzał. Wtedy to i ona by się psychicznie wykończyła.
            Skierowała swoje kroki prosto do łazienki. Odkręciła kurek od wanny, która już po chwili wypełniła się po brzegi gorącą wodą. Odkręciła drugi kurek, z którego poleciał płyn o zapachu konwalii. Szybkim ruchem zrzuciła z siebie piżamę i zanurzyła ciało w wodzie. Poczuła jak jej mięśnie się rozluźniają, a umysł oczyszcza. Kąpiele naprawdę potrafiły zdziałać w jej przypadku cuda. Leżała w wannie rozkoszując się błogą ciszą. Zamknęła oczy i wzięła głęboki oddech pełną piersią. Oczywiście jej spokój ducha nie trwał zbyt długo. Ponure myśli wróciły ponownie. Koniec szkoły i ostateczne testy zbliżały się z każdym dniem. Z każdą sekundą. Czuła się jakby zakończenie szkoły wiązało się z zakończeniem jej życia. Zdała sobie sprawę jakie problemy będą ją czekały poza murami jej najukochańszego domu jakim był Hogwart. Nie miała gdzie zamieszkać. Będzie musiała starać się o pracę jak najszybciej, bo zapewne ku jej wielkiej niechęci będzie mieszkać u któregoś z jej przyjaciół. Przynajmniej ich miała. Oni nigdy jej nie porzucą. Tego mogła być pewna. Trochę bała się o Rona. Kiedyś dał jej do jasno do zrozumienia, że nie ma ochoty widzieć jej pod dachem domu Weasleyów. Ale to było tak dawno. Dużo się od tamtego czasu zmieniło. Oj tak, bardzo dużo. Swoje przeżycia z siódmego roku mogła śmiało porównać do tych z wcześniejszych lat. Tyle, że w tym roku najczęściej cierpiała w duchu, psychicznie, a nie fizycznie. Miała nadzieję, że wszystko się ułoży. Zostawała jeszcze sprawa z Draco… i Astorią. Będzie o niego walczyć. Kochała go, do cholery i nie odda go tak łatwo bez walki. Na pewno nie takiej osobie jak Greengrass. Pansy… no cóż… Nott nie żył. Płaszcz winy ponownie okrył jej świadomość, ale szybko się jej pozbyła. Tak czy inaczej dziewczyna była wolna. Miała wolną rękę. Blaise też. Tylko Draco wciąż miał na głowie problem z tradycją. Kiedyś myślała, że Narcyza akceptuje zdanie syna, ale najwidoczniej parę jej występków nie świadczyło o niej całej. I wtedy po raz pierwszy zastanowiła się, czy Draco rzeczywiście chciałby spędzić z nią życie po szkole. Czy jest na to gotowy, przygotowany. Odnosiła takie wrażenie, ale wizja ich jako małżeństwa była bardzo nierealna. No i znów te cholerne myśli!
            Wyszła z wanny i opatuliła się ręcznikiem. Podeszła do lusterka i przemyła twarz. Umyła zęby i otworzyła swoją malutką kosmetyczkę, która w porównaniu z kosmetyczką Ginny wydawała się śmiesznie mała. Pomalowała tylko rzęsy i smagnęła usta przezroczystym błyszczykiem. W takiej wersji lubiła siebie najbardziej. Delikatny, ale efektowny makijaż. Wyciągnęła rękę po ubrania, ale nic nie zastała. Wywróciła oczami i wyszła z łazienki. Podeszła do szafy i wyciągnęła z niej bieliznę. Szybkim ruchem założyła na siebie dolną część, wciąż przytrzymując ręcznik przy piersiach. Machnęła różdżką włączając radio. Z głośników od razu poleciała jej ulubiona piosenka. Podeszła ponownie do szafy i rzuciła na łóżko czarną podkoszulkę, stanik i granatową spódniczkę. Śpiewając cicho pod nosem zamknęła szafę.
- Co za piękne widoki – usłyszała za sobą rozbawiony głos. Pisnęła i odwróciła się szybko, mocniej przytrzymując ręcznik. Kiedy dostrzegła Malfoya jej serce wcale nie zamierzało się uspokoić. Szybko jednak się opanowała.
- Puka się – pouczyła go wciąż opierając się o szafę. Wzruszył ramionami.
- Gdybym zapukał to nie zastałbym takiego widoku – uśmiechnął się w ten irytujący sposób.
- Wyjdź i zapukaj – rozkazała. – Muszę się ubrać.
- Daj spokój i przebierz się tutaj.
- Nie ma mowy! – oburzyła się. – Na pewno nie przy tobie.
Podniósł brew, a na jego twarzy ciągle błąkał się szelmowski uśmiech. Zlustrował ją wzrokiem od stóp do głów. Uznał, że chyba nie mógł lepiej trafić jeśli chodziło o dziewczynę. Drobna, z długimi i zgrabnymi nogami i idealnymi piersiami. Merlinie, mówi się, że mężczyźnie nie potrafią normalnie myśleć i ciągle myślą o tym samym, ale właściwie to się nie dziwił. Skoro dziewczyny serwują takie widoki…
- Czekam – upomniała się Hermiona patrząc na niego wyczekująco.
- Zachowujesz się jakbym nigdy cię nie widział bez ubrań – specjalnie jeszcze bardziej zawiesił na niej swój wzrok. Parsknęła śmiechem.
- Bo nie widziałeś – powiedziała rozbawionym głosem.
- Ach, no tak, to były sny – powiedział głosem odkrywcy. Twarz Hermiony od razu przybrała kolor dojrzałej piwonii. Sama myśl o tym, że Malfoy może mieć takie sny z nią w roli głównej była bardzo krępująca. Roześmiał się widząc jej reakcję.
- Jesteś urocza jak się zawstydzasz – odparł i wstał z jej łóżka. Hermiona miała już nadzieję, że wychodzi, ale on ruszył w jej stronę. Zrobiło jej się gorąco. Merlinie, Malfoy dlaczego ty mi to robisz? Rozumiała to, że wręcz kochał jej robić na złość i ją irytować i zawstydzać, ale były jakieś granice. Bez przesady ona zaraz tutaj się spali z tej nieśmiałości.
            Zajęta myślami nie zdała sobie sprawy, że Ślizgon bierze ją w ramiona i podnosi. Pisnęła głośno i mocniej przetrzymała ręcznik.
- Puszczaj! – zaczęła się wyrywać.
- Nie rzucaj się tak, bo ci ręcznik spadnie – zażartował i położył ją na łóżku, by po chwili się na niej położyć. Jeśli Hermiona miała jakiekolwiek szanse na otrząśnięcie się z tego zażenowania to właśnie je straciła.
- Dlaczego ty mi to robisz? – spytała skrępowana.
- Siedź cicho i słuchaj – powiedział, zupełnie ignorując jej pytanie. Jak miło. – Chodzi o eliksir. Wyczytałem, że potrzeba cokolwiek od osoby, dla której się tą miksturę przyrządza, więc musisz nam znaleźć jakiś włos Weasley.
- Okej, nie ma problemu, a teraz zejdź ze mnie, wyjdź i daj mi się w spokoju ubrać. – powiedziała oddychając głęboko, bo Malfoy był dość ciężki.
- A mogę zmienić kolejność? – spytał. Posłała mu powątpiewające spojrzenie i zrzuciła z siebie. Wstała i wzięła swój strój, ale znów go nie zastała. Zmarszczyła zdziwiona brwi i spojrzała na Malfoya, który z irytującym uśmiechem na twarzy trzymał jej ubrania.
- Dlaczego ty jesteś tak głupi? – oburzyła się i wyciągnęła rękę po swoje ciuchy.
- Nie jestem głupi, Granger. Jestem Ślizgonem i wiem jak wykorzystać sytuację – puścił jej oczko.
- Dawaj mi to, Malfoy! – krzyknęła i już miała wyciągać drugą rękę, gdy sobie przypomniała, że musi trzymać ręcznik.
- Najpierw jestem głupi, a teraz daj? – zakpił blondyn.
- To moje ciuchy i moje dormitorium – powiedziała z naciskiem, zaciskając zęby.
- Magiczne słowo – uśmiechnął się perfidnie.
- Och, tak! Oczywiście, Malfoy. PIEPRZ SIĘ! – krzyknęła na całe dormitorium. Była pewna, że słyszał ją każdy na dole. Odwróciła się i podeszła do szafy, by wyjąć inne ubrania. Nucąc pod nosem do jakiejś piosenki. Wyjęła białą, prostą sukienkę w granatowe kropki i weszła do łazienki. Trzasnęła drzwiami, przy okazji posyłając w stronę Malfoya podły uśmiech. Zamknęła zamek i nałożyła na siebie stanik i sukienkę. Od razu lepiej. Oparła ręce po obu stronach umywalki i spojrzała na swoje odbicie w lustrze. Teraz chciało jej się śmiać ze swojej reakcji. Sama zastanawiała się, dlaczego jest aż tak nieśmiała wobec Malfoya. I chyba po raz pierwszy zastanowiła się nad tym jak będzie wyglądać jej pierwszy raz. O Godryku, nie. Na samą myśl była strasznie zawstydzona. Jest kobietą, a czuła się jak mała dziewczynka. Była ciekawa, czy to Malfoy będzie tym mężczyzną. Szczerze miała nadzieję, że to będzie on. Jeszcze żadnemu mężczyźnie tak nie ufała jak jemu. Jeśli… jeśli miałaby już się na to zdecydować to tylko z Draco. Jednak nie śpieszyło jej się. Właśnie pokazała jak bardzo jest gotowa na większe zbliżenie. Chyba nigdy nie dojdzie do tego, że nie będzie się przy nim krępować.
            Usłyszała szczęk zamka i do łazienki wszedł Malfoy. Popatrzyła na niego z wyraźnym wyrzutem.
- Co znów? Przecież jesteś ubrana – zauważył. Prychnęła i odwróciła się całkowicie w jego stronę.
- A jakbym nie była?
- To nawet lepiej – powiedział po namyśle. Pokręciła głową i wyszła z łazienki, nawet nie zaszczycając go spojrzeniem. Chciało mu się śmiać z jej zachowania.
- O czym to tak myślałaś? – zagadnął ją. Hermiona instynktownie się zaróżowiła.
- O niczym. Ubierałam się. – wzruszyła ramionami.
- 10 minut nakładałaś sukienkę? – uśmiechnął się szelmowsko.
- Chodźmy na śniadanie – wypaliła i złapała różdżkę. Włożyła ją do szerokiej kieszeni sukienki i wzięła Malfoya za rękę, siłą wyprowadzając.
- Wiesz, że ten rumieniec cię zdradza? – uśmiech nie schodził mu przez cały czas z twarzy, kiedy szli korytarzami.
- Jaki rumieniec? Ja się nie rumienię – warknęła. Jeszcze tego by brakowało, żeby się wygadała o czym myślała. Och, no tak to takie proste powiedzieć „Myślałam nad tym jak będzie wyglądać mój pierwszy raz i uznałam, że jesteś mężczyzną, któremu najbardziej ufam, i któremu bym na to pozwoliła”. Niedoczekanie. Co za głupie myśli. Merlinie, jakie to beznadziejne. Nie, nigdy więcej takie coś nie zaistnieje ponownie w jej głowie.
- Oczywiście – powiedział z sarkazmem. – Tylko, że burzysz się na każdą wzmiankę o seksie.
Hermiona gdy to usłyszała od razu pokraśniała na twarzy. Dlaczego te głupie policzki muszą się tak rumienić? Usłyszała śmiech Malfoya.
- Rzeczywiście, w ogóle się nie rumienisz – zauważył.
- Możesz się zamknąć? – obrzuciła go wściekłym spojrzeniem.
- Zastawiam się jaki odcień czerwieni przybierzesz przy pierwszym razie – ciągnął dalej z rozbawieniem przyglądając się jej reakcji. Hermiona już miała się na niego wydrzeć, ale się powstrzymała. Wdech. Wydech. Powoli musi się uspokoić. Jej psychika i tak już została poważnie nadszarpnięta przez jego towarzystwo.
            Nagle obok nich zjawił się Zabini i dołączył do Ślizgona i Gryfonki. Stanął tak, że dziewczyna była w środku. Hermiona powitała go z wielką ulgą. Już prawie uciszyła się z tego, że Malfoy nie będzie gadać o takich rzeczach i nie będzie jej dokuczać, kiedy wówczas…
- Właśnie mówiłem Hermionie, że zastanawiałem się jak będzie wyglądać przy swoim pierwszym razie – odezwał się Malfoy ledwo powstrzymując wybuch śmiechu. Hermiona jęknęła i złapała się za głowę.
- Blaise, ucisz go, bo go zabiję – powiedziała. Zabini słysząc ich wymianę zdań miał naprawdę wesołą minę.
- Po co się zastanawiać, nie lepiej spróbować? – podsunął pomysł i po chwili parsknął śmiechem widząc czerwoną twarz Hermiony, jej wielkie oczy i osłupienie na twarzy. Odbiło im. Kompletnie im odbiło. Merlinie, na jaką ona pomoc czekała. Blaise pod tym względem lubił tak samo dokuczać jak Malfoy. Uwielbiali zawstydzać ją i Ginny. No, najbardziej ją, bo Ginny zwykle im tak się odgryzała, że samym im brakło języka w gębie. Dlaczego ona tak na to reagowała?
- Pewnie zrobię się zielona na twarzy i zwymiotuję na widok Malfoya – powiedziała. Draco podniósł brew, a na jego twarzy wykwitł szelmowski uśmiech.
- Proszę, proszę, więc zakładasz, że to ja będę tym mężczyzną? – dopytywał się, a Blaise zagwizdał. Hermiona się skrzywiła, przypominając sobie swoje myśli. Już mogła w ogóle się nie odzywać. Podniosła dumnie głowę do góry i oznajmiła.
- Idę, bo zaraz was zamorduję – powiedziała i ruszyła szybszym krokiem, zostawiając ich w tyle.
- Więc miałem rację, Granger! – usłyszała za sobą krzyk Malfoya, który zwrócił nie tylko jej uwagę, ale także wszystkich uczniów na korytarzu, w którym aktualnie się znajdowali. Hermiona odwróciła głowę powoli i zagryzła wargę. Po chwili uśmiechnęła się tajemniczo i krzyknęła.
- To wiem tylko ja! – pokazała mu język i odeszła w stronę drzwi do Wielkiej Sali.

            Wiosna tego roku była naprawdę łaskawa. Soczyście zielone listki i pąki kwiatów zawitały na drzewach, ptaki ćwierkały wesoło odrywając każdego ucznia od nauki i zachęcając do wyjścia na dwór. Słońce grzało mocno, a delikatny wiatr smagał roześmiane twarze uczniów. Nic więc dziwnego, że korytarze zamku były puste i ciche. Natomiast błonie jak nigdy były przepełnione od uczniów. Na każdym dziedzińcu można było spotkać przynajmniej dziesięciu uczniów. Wszędzie słyszano gargulki, eksplodującego durnia i inne zabawy dla czarodziejów. Dziewczyny plotkowały na temat zbliżających się wakacji. Z entuzjazmem opowiadały o swoich planach na wakacje.
Dla Ginny było zdecydowanie za wcześnie na takie rozmyślania. Ona pewnie jak zwykle spędzi je w domu w towarzystwie braci. Będzie chodzić nad jezioro i opalać się na pobliskiej plaży. No właśnie… Jeśli jeszcze kiedykolwiek będzie w stanie wyjść na słońce. Jej skóra z upływem czasu stawała się coraz bardziej blada i zimna. Potrawy, które starała się normalnie jeść coraz częściej stawały jej w gardle. Bała się, że wampiryzm może opanować ją całą. Jej umysł… Zrobiło krok do przodu, by wejść na dziedziniec, ale po chwili się cofnęła. Słońce niemiłosiernie piekło. Miała ochotę krzyczeć ze złości. To wszystko ją przerastało. Już nigdy nie będzie taka głupia i zawsze z każdym problemem będzie chodzić do Hermiony. Już nigdy nie będzie niczego załatwiać sama. Tak bardzo się cieszyła, że Blaise przy niej był i zawsze poprawiał humor. Jednak ostatnio coś złego się z nim działo. I nie chciał jej za nic powiedzieć. Domyślała się, że to może mieć coś wspólnego z jego wyjazdem. Serce boleśnie jej się zaciskało na samą myśl, że on może wyjechać i nigdy nie wrócić. Albo wrócić i… zapomnieć o niej. To byłoby jeszcze gorsze. Miała nadzieję, że nic złego mu nie jest i że w końcu powie, dlaczego podjął decyzję o wyjeździe. Wiedziała, że Hermiona próbuje przekonać Malfoya do tego, by coś powiedział. Bo on wiedział. Jednak był najlepszym przyjacielem Blaise’a i wątpiła, by w końcu cokolwiek wyznał. Ona też nigdy nie zdradziłaby tajemnicy Hermiony. Nawet Blaiseowi.
            Cofnęła się i skryła w ciemnym, zimnym korytarzu. Słońce przeciskało się przez zakurzoną szybę. Ginny czuła się taka bezradna i załamana. A jeśli już nigdy nie uda jej się być normalną? Hermiona powiedziała jej, że szykują dla niej eliksir. Poprosiła ją o jednego włosa. Ginny od razu się zgodziła. Jeśli jest jeszcze jakaś nadzieja, to dlaczego nie skorzystać? Czuła się głupio, że ona nic nie robi przy tym eliksirze, ale zapewne gdyby się dotknęła to od razu by go zepsuła. Nie była orłem z eliksirów, a Hermiona i Draco zawsze dostawali najlepsze wyniki z tego przedmiotu. Jeśli ktoś miał jej pomóc, to tylko oni. Szła opustoszałymi korytarzami, mijając puste klasy. Przechodziła niedaleko pokoju dyrektorki, kiedy usłyszała głosy. Zatrzymała się i schowała za ścianą. Wychyliła się delikatnie i serce jej zamarło. Stała tam McGonagall i Blaise. Ale… coś z nim było nie tak. Ewidentnie widziała, że był załamany. Dopiero teraz dostrzegła jak wychudł i zmarniał. Miała ochotę rzucić się w jego stronę i wyciągnąć z niego siłą prawdę, ale schowała się za rogiem. Wytężyła słuch.
- Panie Zabini, jeśli pan potrzebuje zwolnienia na miesiąc z zajęć to panu je wypiszę, ale muszę poznać powód, dla którego mam to zrobić. – usłyszała głos dyrektorki.
- Pani profesor, nie mówiłem o tym nikomu, tylko Draco zna prawdę – do jej uszu dobiegł zmęczony głos Ślizgona.
- Ja nie mogę wypisać zwolnienia komuś, kto nie podaje mi powodu… Blaise, co się z tobą dzieje? – niezwykle troskliwy głos dyrektorki odbił się od ścian. Usłyszała jak chłopak wzdycha.
- Pani dyrektor, tylko niech pani nikomu nie mówi. Nikt nie może się o tym dowiedzieć. – Ginny zmarszczyła brwi i jeszcze bardziej wytężyła słuch. Czy dobrze robi podsłuchując? Och, nie powinna się teraz tym przejmować. Tutaj chodziła o jej chłopaka, o kogoś kto był dla niej niezwykle ważny i o kogoś, kto wniósł tyle radości i nowości do jej życia.
- Przed rokiem szkolnym moja choroba się pogorszyła, byłem nawet u mugolskiego lekarza i dopiero tam otrzymałem odpowiedź. Jestem poważnie chory, pani dyrektor. Choroba powoli wyniszcza mnie od środka. Jest tak już od paru lat, ale nigdy nie wiedzieliśmy z matką, co robić. Dopiero lekarze z mugolskiego świata powiedzieli mi, że muszę jak najszybciej wyjechać , by się leczyć.
- Dlaczego pan wrócił do szkoły? – usłyszała cichy głos dyrektorki.
- Nie wierzyłem im. Uważałem, że oni się nie znają i na pewno nic mi nie jest. Teraz jest jeszcze gorzej.
Zapadła głucha cisza. Ginny stała jak spetryfikowana. Choroba? Poważna? Ale… jak to możliwe… Blaise nigdy nie wyglądał na kogoś, kto ma takie problemy. Zawsze się wygłupiał i… korzystał jak najbardziej z życia. Merlinie… Zakryła usta ręką, by stłumić jęk. Wychyliła się, by jeszcze raz na niego spojrzeć. To nie był ten sam Blaise, z którym chodziła. To był zaledwie jego cień. Chciała tam podbiec, ale nie potrafiła. Ona nie powinna o tym wiedzieć. Blaise nie chciał, by patrzyła na niego jakoś inaczej i z troską. Nie, nie chciała już o niczym innym słyszeć. To było dla niej za dużo.
Rzuciła się biegiem przez korytarz, i dopiero kiedy była daleko oparła się o ścianę. Zaczęła rzewnie płakać. Rzadko kiedy płakała. Jej ducha hartowało wychowanie się wśród mężczyzn. Zawsze była twarda, ale teraz… Nie potrafiła inaczej. A więc dlatego Blaise wyjeżdża. Chciał wyjechać i nikomu nie mówić o powodach. Wrócić, kiedy już wszystko będzie dobrze lub nie wrócić nigdy. Osunęła się po ścianie i ukryła twarz w dłoniach. On nie mógł odejść. Nie zniosłaby tego. Nigdy go nie zostawi w takiej sytuacji. Otarła mokre od łez policzki. Nie powinna się załamywać. Teraz to ona będzie mu dawać siłę do walki, tak jak on jej, kiedy tego potrzebowała.

Dzień. Noc. Dzień i noc. Czas tak szybko upływał. Coraz bliżej końca. Coraz bliżej do rozstania. Każdy dzień i każdą noc spędzali w swoim towarzystwie. W opuszczonej klasie przed kociołkiem i stołem zastawionym książkami oraz składnikami. Nawet teraz, kiedy robili coś naprawdę ważnego, nie potrafili się nie przekomarzać. Robili to dosłownie każdej nocy. I jak zwykle kłócili się o wszystko, a najczęściej o najgłupsze rzeczy.

~*~

- Dobra, teraz trzeba dodać sproszkowany kieł mglistego węża – powiedziała Hermiona pochylając się nad książką. – Dokładnie parę miligramów.
- To bez sensu, dlaczego nie możemy od razu dodać całości, skoro z czasem i tak cały się zużyje?
- Bo każdej nocy trzeba dodawać po parę miligramów, a nie od razu całość.
- Ale to i tak wyjdzie na to samo…
- Nie, nie wyjdzie.
- To bez sensu…
- To ma sens, kretynie.
- Grzeczniej, Granger, bo dodam cały kieł. – zagroził.
- Tylko byś spróbował – warknęła.
- Czy ja usłyszałem groźbę?
- Jak najbardziej – odważyła parę miligramów sproszkowanego kła.

~*~

- Dobra, teraz dodamy trochę ikry atramentowej ryby i przechodzimy do kolejnego etapu – oznajmiła zadowolona.
- To dodaję.
- Tylko ostrożnie. Masz dodać dokładnie dwadzieścia.
- Umiem liczyć – mruknął.
- Na wszelki wypadek policzę z tobą.
- Granger, nie jestem jakimś ułomem
- W porządku, ja lecę czytać kolejny etap.
- Czytałaś go już pięć razy.
- Zamknij się i wrzucaj ikrę! – warknęła. Czytała właśnie drugi akapit, kiedy usłyszała głos Malfoya. Ledwo ukrył rozbawienie.
- Pomyliłem się w liczeniu.
Popatrzyła na niego z niedowierzaniem.
- Do cholery, Malfoy! I co teraz? Jesteś aż takim idiotą?! – podeszła do niego i popatrzyła do kociołka na eliksir, który miał barwę nocnego nieba.
- Żartowałem, uspokój się – roześmiał się.
- Och, cholernie śmieszne – warknęła. – W takim razie ile jest?
- Piętnaście… albo szesnaście – powiedział po udawanym namyśle.
- UGH! MALFOY!
- To tylko różnica jednej ikry – droczył się.
- Jedna więcej lub mniej i nasze myśli o udanym eliksirze pójdą się kochać!
Uniósł brew.
- Jest dokładnie dwadzieścia. Więc nasze myśli nie pójdą się kochać – uśmiechnął się szelmowsko. – Co najwyżej my może… AŁĆ! To bolało!
- Bo miało – uśmiechnęła się wrednie i wróciła do czytania rozdziału.

~*~

- Więc jeśli chodzi o ten kolejny krok…
- Jaki krok?
- No przecież mówiłam ci, co mamy robić… Malfoy! Nie słuchałeś mnie, prawda?!
Wzruszył ramionami. Podniosła ręce do góry jakby chciała zesłać na niego klątwę.
- Merlinie…
- Nazywam się Draco, ale skoro uważasz mnie za…
- Weź wyjdź, Malfoy i mnie więcej nie denerwuj – westchnęła.
- Zostaw tę książkę i odetchnij – zaproponował.
- Nie. Tam są drzwi – wskazała palcem, nie odrywając wzroku od tekstu.
Cisza.
- Powiedziałam, żebyś wyszedł – przypomniała mu.
- Nie.
- Cały czas gadasz i grasz mi na nerwach!
- Teraz ty krzyczysz i gadasz.
- Nie ręczę za siebie, uduszę go, zamorduję i wywalę za drzwi… - mruczała pod nosem. Gotowało się w niej tak bardzo, że nie potrafiła skupić się na czytaniu. Draco ruszył się z miejsca, a ona podniosła głowę do góry.
- Wychodzisz? – spytała z nadzieją w głosie. – Co ty robisz?
- Odrywam cię od roboty – objął ją w talii i pocałował. Uśmiechnęła się delikatnie.
- Nigdy tego nie skończymy jak tak dalej pójdzie – powiedziała poprzez pocałunki, ale jakoś nie miała już ochoty wracać do tej nudnej pracy.

~*~

- Czy ty musisz mnie bić, Granger? – spytał z pretensją.
- Muszę, bo znów zaczynasz. Byłeś znośny przez jakiś tydzień, a teraz znów ci odwala – wymachiwała groźnie chochlą. Draco po raz pierwszy zdał sobie sprawę, że nawet taka głupia łyżka może się stać śmiercionośną bronią w rękach Granger.
Tak samo mydło, gdy przypadkiem wszedł jej do łazienki.
Pióro, gdy przeszkadzał jej na lekcji.
Lizak, kiedy powiedział jej jak jednoznacznie on wygląda.
Poduszka.
Szczotka do włosów.
Książka.
Czasami zastanawiał się, czy Granger nie jest stworzona do powolnego zabijania… jego osoby.
- Jak ma mi nie odwalać skoro za każdym razem, kiedy coś zrobię grozi mi śmierć?
- Gdybyś nie wyprowadzał mnie z równowagi…
- Ty po prostu jesteś nienormalna.
- To moje instynkty mordercze – odpowiedziała.
- Które za często tobą kierują…
- Na przykład teraz – spojrzała mu prosto w oczy.
- Chochlą i książką już oberwałem – zauważył. – Toczyliśmy już bitwę na eliksiry i składniki – ciągnął dalej. Po chwili dodał z uśmiechem. – Więc w tej klasie nie ma już nic, czym mogłabyś mnie zabić.
- Jesteś pewien? – uśmiechnęła się, przypominając sobie ich bitwę na eliksiry podczas szlabanu. Wtedy po raz pierwszy ją pocałował. Miała ochotę się roześmiać. Draco stał naprzeciw niej po drugiej stronie ławki.
- Absolutnie.
Przyciągnęła go za krawat i pocałowała ponad kociołkiem.
- Ta metoda się powtarza – stwierdził.
- Ale nią najbardziej lubię cię uciszać – roześmiała się i jakby nigdy nic wróciła do przerwanej pracy, rozkoszując się błogą ciszą jaka nastała.

~*~

            Hermiona siedziała na parapecie w swoim dormitorium przy otwartym oknie, które wpuszczało świeże, nocne powietrze. Koniec kwietnia. W maju powinni już skończyć eliksir. Wspomnienia z kłótni z Draco zawsze bardzo jej poprawiały humor. Tej nocy nie spotykali się w opuszczonej klasie, by warzyć eliksir. Musi on stać teraz cały tydzień, by dojść do siebie, więc w końcu będzie miała czas, by porządnie się wyspać. Wiedziała, że powinna wykorzystać czas na naukę, bo ostateczne testy zbliżały się nieuchronnie, ale jakoś miała dość siedzenia nad książkami w nocy. Sama siebie nie poznawała, ale owy tom o eliksirze był tak skomplikowany, że jakoś nie miała już ochoty zaglądać do pergaminów, by się uczyć.
            Nagle dostrzegła jasną plamkę na ciemnym niebie. Sowa. Najwidoczniej było to sowa dla niej, ale nie potrafiła jej rozpoznać. Kiedy w końcu jasnobrązowy puchacz wleciał przez jej okno i opadł na biurko, zeskoczyła z parapetu i szybkim krokiem znalazła się przy stworzeniu. Dała mu jak każdej sówce wody i parę przysmaków. Nigdy nie miała sowy, ale zawsze trzymała jakieś przysmaki dla tych, które do niej zawitały. Odczepiła list od nóżki sowy i rozwinęła pergamin. Nigdy wcześniej nie widziała tego pisma.

Wiem, że minęło sporo czasu, a ja nie miałem odwagi się odezwać odkąd szkoła ogłosiła moją śmierć. Tak, Granger, to ja Teodor. Zupełnie nie mam pojęcia dlaczego odzywam się po tak długim czasie, ale uznałem, że powinienem cię za to wszystko przeprosić i wyjaśnić.
Kazałem McGonagall ogłosić moje samobójstwo, a ja sam przerwałem szkołę i wyjechałem z kraju. Po twoim zaklęciu i snach, które mnie nawiedzały zrozumiałem jak bardzo skrzywdziłem niektóre osoby. Chciałem znaleźć się jak najdalej od Malfoya. Dowiedziałem się prawdy o tym, dlaczego uwiódł Grace. Możesz mu powiedzieć, że mu wybaczyłem. Chciałem też odciąć się od ciebie. Zdałem sobie sprawę, że krzywdziłem niewinną osobę. Ty nic przecież nie zrobiłaś. Przypadkiem wtajemniczyłaś się w konflikt jaki był między mną a Malfoyem. Musiałem wyjechać, ponieważ nie chciałem już skrzywdzić nikogo więcej. Czułem się jakbym ponownie zabijał Grace. Była równie niewinna jak ty i zginęła tylko dlatego, że dowiedziała się o tajemnicy Czarnego Pana. Tak samo jak ty rozstała wtajemniczona w sprawy innych.
            Dzięki temu, że wyjechałem, a każdy, nawet moi rodzice są przekonani o mojej śmierci mogę żyć spokojnie wiedząc, że nie zostanę wydany za mąż i będę mógł znaleźć kogoś , kogo znów pokocham. Tym samym uwolniłem od tradycji Pansy. Ona teraz na wolną rękę. I tak już powinno być. Głupotą jest zmuszanie młodego pokolenia do tradycji. Jesteś mądra i na pewno coś wymyślisz, by złamać ją tak jak ja ją złamałem.
Przepraszam za wszystko.
Nott

~~~~~~~~~~~~~~~ 
Moja wena chyba nie zrozumie, że nie ma prawa mieć wakacji tak ja ja xd Opuściła mnie na całe sześć dni i łaskawie wróciła. Uparta. 
Mam nadzieję, że kolejny rozdział pojawi się o wiele szybciej niż ten ;) Dziękuję za le wszystkie komentarze, które zmotywowały mnie do tego, by po powrocie weny napisać rozdział na siedem stron w zaledwie ponad dwie godziny. Takiego wyniku to chyba jeszcze nigdy nie miałam xd
Czy na dworze musi być tak pochmurno? Jak u Was pogoda?
Pozdrawiam Was serdecznie
Sheireen ♥


środa, 10 lipca 2013

Zabójczyni

Mknęli korytarzami, szybko zbiegając po schodach. Znaleźli się w zimnych, ciemnych lochach, które jak zwykle oświetlone były tylko pochodniami. Cieszyła się, że nie było jeszcze ciszy nocnej i patrolów, bo na pewno zaliczyliby szlaban. W głowie toczyła wojnę. Bała się, że coś działo się Draconowi, a jeszcze gorzej jakby właśnie on zrobił jakąś głupotę. Miała nadzieję, że uda im się zapobiec jak najszybciej temu, co tam się wyczyniało.
- Blaise, co takiego tam się dzieje?! – spytała, cała zasapana. Biegła ile sił w nogach. Nie pamiętała, kiedy ostatni raz tak szybko biegła. Chyba wtedy, kiedy uciekała przed szmalcownikami.
- Draco spotkał Teodora… chyba dalej wiesz, co się mogło stać… - powiedział na jednym wydechu.
Merlinie… Wolała nie wiedzieć, co tam się wyrabiało, ale domyślała się, jak może się skończyć taka potyczka. Draco mówił, że będzie nad sobą panować, ale najwyraźniej nie wytrzymał.
- Dlaczego ich nie powstrzymałeś?! – krzyknęła Hermiona zrozpaczona. Chciała być już na miejscu. Chciała to jak najszybciej powstrzymać. Och, ile jeszcze?!
- Nie dało rady, Miona, wierz mi. Szczególnie Nott. Nie jestem pewny, czy obaj nie dostali jakimiś czarnomagicznymi klątwami... Dlatego chciałem znaleźć ciebie, byś mi pomogła!
- CO?! – nie wytrzymała. Dziwiła się, że nogi się pod nią nie ugięły i nie upadła. Czarna magia?! Klątwy?! To dla niej zbyt wiele. Nie, niemożliwe. To nie może się dziać naprawdę. W jej głowie powstawały coraz to okropniejsze i przerażające obrazy. A jeśli przybiegną za późno? A jeśli nie uda im się powstrzymać dwóch Ślizgonów skaczących sobie do gardeł? W końcu nawet Blaise nie dał rady, więc co ona mogła zdziałać?! Nie, nie tylko spokojnie. Nie była pewna, czy miała większy wpływ na Malfoya, ale musi spróbować. Może jej bardziej posłucha niż przyjaciela, by zaprzestał tej bójki.
            Skręcili w korytarz w naprawdę odległych zakamarkach lochów. Gdy Hermiona usłyszała huk zaklęć, aż jej zmroziło krew w żyłach. Blaise mówił o czarnej magii. Skręcili gwałtownie w opuszczony, zakurzony, pełen pajęczyn korytarz. Hermiona jeszcze wcześniej usłyszała głośny krzyk, a później głuchy jęk. Kiedy wreszcie dotarli na miejsce oczom Hermiony ukazał się przerażający widok. Nott miał parę głębokich rozcięć na twarzy, z których sączyła się krew. Koszulę miał rozciętą wielkiego siniaka na policzku. Wyglądał jakby dostał paroma klątwami. Szczególnie te rozcięcia. Nie wyglądały za dobrze. Jej wzrok przeniósł się na chłopaka, który stał zgięty w połowie z ogromnym cierpieniem na twarzy. Jego koszula również była nadszarpnięta, a przez tors przechodziło paskudna rana. Włosy zjeżyły jej się na karku. Nott stał z nienawistną miną, celując różdżką w Malfoya, który właśnie obrywał od niego silną klątwą. Nie wytrzymała. Blaise właśnie dobiegł do niej i aż przystanął widząc rozgrywającą się przed nim scenę.
- Draco! – zawołała i podbiegła do chłopaka ile sił w nogach. Popatrzyła na jego wykrzywioną z bólu twarz. – Draco, błagam odezwij się… - jej głos drżał. Łzy napłynęły jej do oczu. Nienawidziła patrzeć jak ktoś jej bliski tak bardzo cierpi.
- Her… Miona… - wyszeptał z trudem. Natychmiast się nad nim nachyliła. – Odejdź stąd…
            Hermiona usłyszała huk. Odwróciła się. Blaise właśnie wylądował na ścianie. Z jego czoła popłynęła strużka czerwonej cieczy. Stracił przytomność. Musiał dostać naprawdę potężnym zaklęciem. Odwróciła wściekłe spojrzenie na Teodora Notta, który wyglądał… przerażająco. Widać oberwał parę razy od Blaise’a, zanim ten stracił przytomność. Ta dzikość i szaleństwo na twarzy pomieszane z jego własną krwią. Trzymał różdżkę, celując koniec w Draco.
- Nie, przestań! – wydarła się. Stanęła między dwoma wychowankami Węża. Teodor obrzucił ją wściekłym spojrzeniem.
- Zejdź mi z drogi, Granger. Ta sprawa i tak już jest wystarczająco brudna, by brała w niej udział taka szlama jak ty – warknął, ale ona nic nie zrobiła.
- Nie… nazywaj jej… tak – wysapał z trudem Draco. Odwróciła na niego opiekuńcze spojrzenie. Nie mogła patrzeć na to jak się zwija z bólu. Nott jak na zawołanie wzmocnił klątwę. Draco upadł na kolana. Hermiona klęknęła obok niego i wzięła jego twarz w dłonie. Jednak on nie potrafił jej spojrzeć w oczy. Draco czuł się beznadziejnie. Wszystko go bolało, czuł jak odpływa, a to dlatego, że rzucił się na Notta ignorując ostrzeżenia Hermiony. Nie chciał tak skończyć. Torturowany przez Teodora. Dlaczego ona musiała na to wszystko patrzeć. Bał się spojrzeć jej w oczy. Bał się, że dostrzeże w tych czekoladowych tęczówkach zawód.
            Gryfonka w jednej chwili wstała i odwróciła się do Notta. Wyciągnęła w ekspresowym tempie różdżkę i wycelowała prosto w jego serce.
- Co ty mu robisz? – spytała ze łzami w oczach, gdy usłyszała kolejny krzyk bólu jej chłopaka. Nott uśmiechnął się wrednie.
- Czarna magia, Granger. Myślałem, że się na tym znasz – popatrzył jej wyzywająco w oczy. – Zaklęcie wyniszcza go od środka. Powoli, bardzo powoli miażdży mu kości, by później zabrać się za wnętrzności.
- Przerwij zaklęcie, bo nie ręczę za siebie – szepnęła, przełykając łzy. Już wiedziała, dlaczego Malfoy tak cierpiał. Nie potrafiła sobie wyobrazić tego, co przeżywał. To było tak bestialskie. Zaśmiał się szaleńczo.
- Skończysz ze mną tak jak w bibliotece? Wypalisz jakąś małą dziurę w bluzce? – zakpił. Hermiona zacisnęła szczękę z wściekłości. Miała ochotę zawyć z rozpaczy.
- Wtedy chodziło o mnie, a tutaj chodzi o kogoś, kogo kocham – warknęła. Źrenice Notta zwęziły się natychmiastowo.
- Kochasz, tak? – szepnął groźne. Zagryzła wargę i kiwnęła stanowczo głową. Wtedy Nott jeszcze bardziej wzmocnił zaklęcie, ale tym razem zaczął mamrotać coś pod nosem.
            Nagle Hermiona zgięła się wpół. Ból jaki poczuła był nie do opisania. Czuła się jakby jakaś niewidoczna ściana napierała na nią powoli. Coś ścisnęło jej płuca i wzięła głęboki oddech. Niestety ten stawał się coraz szybszy i urywany. Nott wyrwał jej różdżkę mimo, iż próbowała się bronić. Wycofała się pod ścianę i upadła na kolana obok Malfoya. Blondyn zakaszlał ciężko i wziął głęboki oddech. Hermiona poczuła jakby kości przebijały jej wnętrzności. Łzy bezsilności potoczyły się bezwiednie po jej policzkach. Nagle usłyszała obok siebie słaby, ale tak bardzo przepełniony bólem głos ukochanej osoby.
- Przepraszam, Hermiono…
            Nie! W jej głowie się zakręciło. Draco, nie przepraszaj. To nie twoja wina. To tylko i wyłącznie moja wina, że do tego doprowadziłam. A mogła milczeć. Milczenie było dla niej życiem. I nie tylko dla niej. Błagała w myślach, by Zabini się obudził. By przyszedł im z pomocą, ale to najwidoczniej się nie zapowiadało. Nott wykończył wszystkich po kolei. Pluła sobie w twarz, że znów tak łatwo dała się zaskoczyć. Harry, Ron, Ginny, Clemense, Luna, Neville… I ci wszyscy jej przyjaciele. Mogła ich nigdy już nie zobaczyć. Takie myśli jej nie pomagały przy bólu, który wręcz odczuwała każdym calem ciała. Nawet nie poczuła jak Nott łapie ją za ramię i odciąga w kąt pokoju. Widziała tą jego chorą satysfakcję malującą się na twarzy, gdy widział ich cierpienie. Ale gdy zobaczył jej łzy, które spływały obficie z jej oczu, jego wyraz twarzy zastygł.
- Granger, ty głupia dziewczyno, ciesz się, że potrafię być dobry – warknął. – Mam dla ciebie propozycję.
            Hermiona prychnęła w duchu. DOBRY?! Czy on sobie do cholery jasnej robi z niej żarty? Syknęła z bólu, bo wrócił on ze zdwojoną siłą. Kiwnęła głową, pokazując, że słucha. Nott uśmiechnął się szyderczo.
- Układ jest prosty – spojrzał na nią tak, że się przestraszyła i to poważnie. Przez myśl jej przeszło, czy przypadkiem nie woli śmierci, ale szybko ją odrzuciła. – Ja zdejmuję z nich klątwy i puszczam wolno, a z ciebie zdejmuję klątwę, ale… - jej serce zastygło. Spod ściany dobiegł ją cichy jęk Malfoya. Przynajmniej wciąż żył. Może ma szansę ich uratować. - … ale ty zostajesz przy mnie. Kochanka, pamiętasz, Granger? – uśmiechnął się z pogardą.
- Pamiętam… - wyszeptała, ponieważ ucisk w klatce piersiowej leciutko zelżał. Hermiona poczuła jakby ktoś położył jej kamień na sercu. Stało się ciężkie. Nie, ona nie chciała przystawać na tą chorą propozycję. Za nic. Była wierna swojemu słowu.
- To dobrze, że przynajmniej tyle. Zrywasz kontakty z tymi szujami, rozumiesz? Malfoy zapłaci w końcu za swoje uczynki. Coś za coś – warknął i wskazał jej przyjaciół, którzy leżeli nieprzytomni. Kiwnęła głową, czując wstręt do samej siebie. Musi improwizować. Nie pozostało jej nic innego.
- Daj mi się przynajmniej z nimi… pożegnać – wyjąkała, nie wiedząc jakie słowo byłoby dobre. Nott po sekundzie zastanowienia machnął różdżką, a ból, który czuła ustąpił równie szybko jak się pojawił. Odetchnęła, zaczerpując głęboko powietrza. Podniosła się powoli z podłogi, ponieważ każdy mięsień piekł jakby był przypalany na wielkim ogniu. Jednak gdy tylko podniosła się na nogi, podbiegła do Malfoya.
- Zdejmij z niego klątwę – zwróciła się błagalnym głosem do Notta. Draco charknął i wypluł z ust krew. Serce zabolało ją na ten widok o wiele bardziej niż podczas tortur. Ten pokręcił głową. W jej oczach zapłoną ogień taki sam, jaki palił jej mięśnie. Nott wskazał, by do niego podeszła. Niechętnie podniosła się na nogi, ściskając dłoń Malfoya, jakby chcąc dać mu nadzieję, że będzie dobrze. Nie była nawet pewna, czy on wciąż jest przytomny lub… żywy. Na samą myśl robiło jej się słabo. Nott wytarł sobie zakrwawioną twarz o koszulę.
            Podeszła do niego, a ten przyciągnął ją mocno łapiąc za ramię.
- Skąd mogę wiedzieć, że czegoś nie knujesz? – syknął. Łypnęła na niego groźnie.
- Tutaj chodzi o moich przyjaciół…
- Pocałuj mnie, Granger – wpadł jej nagle w słowo. Aż ją zamurowało. Dosłownie. Oczy miała wielkie jak galeony, usta rozszerzone w niemym zdumieniu, a jej ciało się nie ruszało. – Słyszałaś, co powiedziałem?! – krzyknął jej w twarz. Drgnęła.
- Ale po co? – wyrzuciła się z siebie oburzenie. Wyobraziła sobie jak on ją brutalnie przyciąga i całuje. Musiała powstrzymać odruch wymiotny. Nie, to nie może być prawda.
- Muszę mieć pewność, że nie grasz, a naprawdę przystałaś na mój układ – uśmiechnął się pogardliwie. Pisnęła cicho, kiedy rzeczywiście złapał ją w talii i przyciągnął. Nie skradł jej całusa. Machnął różdżką tym samym unicestwiając klątwę. Malfoy drgnął i zakasłał parę razy, plując krwią. Nott machnął ponownie różdżką tak, by Ślizgon mógł widzieć rozgrywającą się scenę. Hermiona poczuła jak jej serce drży. Zauważyła ledwo widoczne iskry nienawiści w jego zamglonych cierpieniem oczach. Nie mogła… odwróciła głowę. Nott schował jej różdżkę do kieszeni, co nie umknęło jej uwadze. Podeszła bliżej do Ślizgona. Chciała zyskać na czasie, więc spytała.
- Nie brzydzisz się tego, że jestem szlamą? – wręcz wypluła to słowo. Uśmiechnął się ironicznie.
- Grace też nią była. Była równie waleczna i pyskata, co ty – wtrącił i obrzucił wściekłym spojrzeniem Malfoya. – Masz te same ciekawe błyski w brązowych oczach, co ona – skomentował patrząc się tak intensywnie w jej tęczówki, że aż się speszyła. Przysunęła się jeszcze bliżej Ślizgona. Jedną rękę zarzuciła za jego ramię, a drugą trzymała na jego torsie. Czy wszyscy Ślizgoni są tak zimni? Odrzuciła niepotrzebne myśli. Musiała się skoncentrować. Usłyszała jak Malfoy się szarpie, ale zapewne jakieś niewidzialne liny go przywiązywały. Wiedziała, że ciężko jest mu na to patrzeć. Ona też ledwo znosiła dotyk tego Ślizgona. Tyle, że Draco nie wiedział, że ona ma jakiś plan. Zapewne myślał, że ona „oddaje mu się”, by ratować ich. To musiało nim wstrząsnąć do żywego.
- Na co czekasz, Granger? – podniósł pytająco brew. Och, no tak, na co ona czeka?
            Powoli jej ręka zsunęła się z jego torsu. Hermiona, by nie wzbudzić jego podejrzliwości zbliżyła się do niego. Jej wargi drżały. Dzieliło ich już tylko pięć cali. Draco zaklął na Notta w kącie naprawdę paskudnie. Hermiona przymrużyła oczy, by tym samym zmusić do tego Ślizgona stojącego przed nią. Udało jej się. Chłopak był najwidoczniej tak przejęty, że nie poczuł jak wyciąga dwie różdżki z jego kieszeni.
- Nigdy, Nott – wyszeptała złośliwie mu prawie w usta i wyrwała się. Ten otworzył wściekły oczy, a jego ręka sięgnęła do pustej kieszeni. Jego wzrok był teraz tak przerażający, że gdyby nie miała różdżek, to by się przestraszyła nie na żarty. Tyle, że ona miała teraz przewagę. I nawet Nott nie był jej straszny.
- Nie baw się, Granger. To przedmioty dla prawdziwych czarodziejów, a nie takich imitacji jak ty – prychnął.
- Spróbuj się ruszyć, Nott – warknęła. Cofnęła się w stronę Malfoya, wciąż celując różdżkami w czarnowłosego. Kiedy była już blisko, odwróciła się do jej chłopaka i machnęła różdżką, by rozwiązać niewidoczne liny. Machnęła drugi raz, by rozbudzić Blaise’a. Hermiona padła na kolana przy Malfoyu i zarzuciła mu się na szyję.
- Przepra… - zaczął Draco, ale ona pokręciła głową i skradła mu długi pocałunek.
- Kocham cię – wyszeptała.
- Ja ciebie również – odparł i pocałował ją ponownie, delikatnie przegryzając wargę.
- Idź do Blaise’a – oznajmiła mimo jego protestów, widząc, że ich przyjaciel się obudził i niezbyt wie, gdzie jest.
            Odwróciła się do Notta, który uciekł wzrokiem od sceny rozgrywającej się między Draco i Hermioną. Teraz jednak sztyletowali się wzrokiem. Wycelowała w niego różdżkami.
- Tchórz z ciebie, Granger – skomentował. – Chcesz mi zrobić krzywdę mimo, iż nie mam różdżki?
Hermiona niewiele myśląc rzuciła mu jego różdżkę. Niech szanse będą wyrównane. Wściekła rzuciła pierwsze zaklęcie. Już po chwili całym korytarzem wstrząsały wybuchy i zaklęcia. Cieszyła się, że ten korytarz jest tak bardzo zapomniany, nawet jeśli chyba nie było jeszcze ciszy nocnej.
- Expelliarmus – mruknęła sekundę po innym zaklęciu. Nott obronił się przed Drętwotą, ale już nie zauważył drugiego uroku. Zaklął, kiedy różdżka z jego ręki wpadła prosto w jej.
- Ale z ciebie zdzira, Granger – splunął.
O nie. Malfoy chyba to usłyszał, bo już szedł do niego z wyciągniętą różdżką, grożąc mu jednocześnie. Ona natomiast popatrzyła na twarz człowieka, którego znienawidziła. Już nawet nie czuła go niego współczucia za to, co zrobił im wszystkim. Może do cholery stracił bliską osobę, ale nie oznaczało to, że miał się tak zachowywać. Niewiele myślała nad tym, co robi.
- Mortifera Somnus – powiedziała. Zauważyła strach na twarzy Notta. Kiedy dostał podwójnym promieniem. Osunął się na podłogę i spytał z niedowierzaniem w oczach.
- Skąd znasz takie zaklęcia…?
Podeszła do niego i stanęła nad jego ciałem, które powoli gasło.
- Jestem naprawdę umiejętną zdzirą – syknęła z satysfakcją na twarzy. – Słodkich snów…


            Hermiona siedziała w dormitorium prywatnym Draco razem z Blaisem i samym blondynem. Wszyscy leczyli się z odniesionych ran. Hermiona siedziała na kanapie całkowicie załamana. Ukryła twarz w dłoniach jakby chciała tym samym zakryć wszystkie smutki, żale, ból i strach. Bała się tego, co zrobiła.
- Hermiono, zamiast jęczeć to powiesz nam, co to było za zaklęcie? – dopytywał się po raz kolejny Draco, leżąc wygodnie na łóżku. Blaise mu zawtórował. Siedział na wygodnym fotelu popijając Ognistą. Gryfonka pokręciła przecząco głową.
- Zrobiłam coś strasznego. Nie, Merlinie… - opadła na kanapę i ukryła twarz w poduszce.
- Zabiłaś…? – spytał Zabini.
Milczenie.
Ślizgoni wymieniający zlęknione spojrzenia.
Cisza.
Ciężki oddech dziewczyny.
- Ej, Miona – zaczął Blaise. – Ty tak serio?
Draco siedział cicho. Czyżby Granger zabiła? Nie, to niemożliwe. Nie chciał, by to ona dźwigała ten ciężar. Nie chciał, by przeżywała to samo, co on.
- Nie, Blaise. Ja nie zabiłam, ale… to się prawie z tym równa – wydusiła z siebie, a Draco poczuł przynajmniej połowę mniej ciężaru, który go dopadł.
- Zaklęcie może być rzucone tylko i wyłącznie przez osobę, która nie skaziła swej duszy aktem morderstwa niewinnego człowieka, a rzucone być może tylko i wyłącznie na osobę, która na swym sumieniu ma morderstwo niewinnego. Z tego, co wynika, Nott zabił kogoś niewinnego. – wyrecytowała i ciągnęła dalej. - Ofiara zapada w 72-godzinny sen, podczas którego wygląda jakby była martwa, także wszystkie oznaki, po których można poznać żyjącą osobę: puls, oddech, ustają. Ofiara budzi się po trzech dniach, jednak jej sen wzbudza u niej niewytłumaczalny lęk – przez tydzień nie jest w stanie rzucić żadnego zaklęcia uważanego za czarnomagiczne, dopóki nie odpłaci się za winy popełnione w przeszłości – za morderstwo. Po tygodniu odzyskuje wszystkie zdolności, jednak gdy raz wyrazi skruchę, już do śmierci nie będzie w stanie mieć czegoś wspólnego z czarną magią. Nie istnieje żadna ochrona przed tym zaklęciem.*
            Kiedy skończyła w pokoju zaległa głucha cisza. Malfoy i Zabini wymienili zdumione spojrzenia. Nie spodziewali się, że Hermiona zna tak potężne, pradawne zaklęcia. A znała ich wiele, tyle że bała się ich użyć. Znała nawet zaklęcie, które zamieniało człowieka w kupkę popiołów. Niektóre z nich były przerażające. Nie dziwiła się, że nie były już one używane.
- Dlatego wyglądał jak martwy, gdy kazałaś nam go ukryć w nieużywanej klasie – zauważył Blaise i ku jej zdziwieniu uśmiechnęli się razem z Malfoyem.
- Co? – spytała z lękiem. Dlaczego oni się uśmiechali?
- Należało mu się. – odparł Blaise. – Moje piękne czoło już nigdy nie będzie tak seksownie wyglądać.
Hermiona parsknęła śmiechem.
- Chcesz wiedzieć kogo zabił Nott? – usłyszała nagle głos Malfoya, a jej uśmiech zniknął z twarzy. Kiwnęła głową na znak, że chce.
- To była ta cała Grace.
- Którą mu odebrałeś? – wtrąciła. Nie byłaby sobą, gdyby tego nie zrobiła.
- Dokładnie. Ale ja zrobiłem to dla jego dobra – odpowiedział. Hermiona aż uniosła brwi. – Kiedyś się przyjaźniliśmy. Grace niby była półkrwi, ale Nott za bardzo jej ufał, co oznaczało, że wszystkie tajemnice śmierciożerców mogły zostać przez niego wydane. Dlatego też zdecydowałem się na działanie. Nie chciałem, by Nott umarł ani jego dziewczyna. Uwiodłem ją, czując się bardzo podle. Chciałem odciągnąć ją od Teodora. Niestety było za późno. Dowiedziała się zbyt poufałej informacji o Czarnym Panie – Hermiona mimowolnie się wzdrygnęła. Myśl, że Draco…, że on kiedykolwiek był świadkiem, a nawet raz sprawcą morderstw i tortur nie robiła jej dobrze. Ale już mu wierzyła. On się zmienił jeszcze przed wojną. W szóstej klasie. Gadali tylko raz. Pierwszy raz tak… normalnie. Podeszła do swojego wroga, widząc, że cierpi. Najbardziej ją zdziwiło to, że jej nie nawyzywał. Że jej nie odepchnął. Oczywiście nic sobie nie powiedzieli. Hermiona pocieszyła go, żeby się nie załamywał, bo zawsze znajdzie się iskierkę nadziei w czarnym tunelu. Doskonale pamiętała tamtą chwilę. Draco zmienił swoje postępowanie do niej chyba wtedy, kiedy była torturowana w jego domu. Pamiętała, że kiedy napotkała jego wzrok to zauważyła ten cień współczucia i bezradności.
- I co było dalej? – spytała, chociaż domyślała się.
- Czarny Pan kazał ją związać na stole. Bellatriks użyła sobie na niej mocne Crucio. Prawie jak każdy śmierciożerca.
- Ty też? – ból w jej głosie był nie do ukrycia.
- Nie, mnie wtedy nie było z Blaisem – oznajmił. Przynajmniej to przyjęła z jaką taką ulgą. - Kiedy Grace leżała już na stole błagając o śmierć, Czarny Pan kazał ją zabić. Ale miała to zrobić specjalna osoba. Mianowicie Teodor.
Zakryła usta dłonią. On musiał zabić swoją miłość. Zabić osobę, której najbardziej ufał. Został bez nikogo.
- To okropne. Merlinie, czy ja dobrze zrobiłam?
Draco podniósł się z łóżka i usiadł obok niej. Objął ją ramieniem.
- Myślę, że Nott będzie ci wdzięczny, że nie będzie mógł już używać czarnej magii – wyszeptał jej prosto w usta, muskając różane wargi.
- Może masz rację… - westchnęła i położyła się u niego na kolanach. Spojrzała na zegarek. Wskazywał pierwszą w nocy. Ogarnęło ją zmęczenie. Jutro mieli do szkoły. Nie wiedziała jak da sobie radę po takich wydarzeniach. Przymknęła oczy i zanim się obejrzała, odpłynęła w krainę snów.


            Minęło pięć dni. Wiosna na dworze była naprawdę cudowna. Deszcze przestały padać. Tylko z rana witała ich kolorowa rosa, błyszcząca jak małe brylanciki wśród trawy. Ptaki ćwierkały wesoło. Kwiaty kwitły na klombach, a w ogródku Hagrida zaczęły kiełkować pierwsze rośliny. Hermiona przez cały czas warzyła nocami eliksir z Draco. Szło im to mozolnie, ale zawsze robili jakieś postępy. Jak dobrze pójdzie to powinni skończyć w maju. Ostatnio z Ginny, Clemense i Luną wymknęły się ze szkoły do Hogsmeade, by wybrać się na babski wieczór po miasteczku. Spędziły go naprawdę bardzo udanie. Przypomniała sobie też to, co powiedziała jej Clemense, prosząc o radę.

*
- Hermiono, możemy pogadać na osobności?
- Jasne, o co chodzi? – spytała zaciekawiona.
- Ron… Wiesz, że między nami ostatnio się nie układało, a teraz było coraz lepiej. Nawet bardzo – mówiła blondynka swoim hipnotyzującym głosem. – Wczoraj spędziłam z nim udany wieczór na błoniach. I wtedy… - zaczerwieniła się lekko – Wtedy Ron mi się oświadczył.
Hermiona aż zbiła kufel z końcówką piwa kremowego.
- RON?! – syknęła z niedowierzaniem.
- Ja też byłam zaskoczona. Powiedziałam mu, że się zastanowię do dzisiaj.
- I co postanowiłaś? – dopytywała się. Nie wiedziała, co czuć. Oczywiście nie była zazdrosna. Czuła się szczęśliwa z tego powodu, że Ron chyba w końcu zrozumiał, kto jest dla niego odpowiedni. Może ułoży sobie jakoś życie.
- Ja bym bardzo chciała. Kocham go i jestem pewna, że on mnie też – wyjąkała wila, a policzki pokraśniały jej z podekscytowania. – Tylko chciałam znać twoją opinię czy… nie będziesz miała nic przeciwko…
- Clemense! – Hermiona zaśmiała się. – Życzę wam wszystkiego najlepszego! Nie zapomnij odprawić imprezy w salonie – mrugnęła do przyjaciółki. Blondynka uśmiechnęła się szeroko i razem z Hermioną podeszły do stolika, by oznajmić wszystkim dziewczynom wesołą wiadomość.
*

            Wszyscy uczniowie zajęli miejsca przy swoich stołach w Wielkiej Sali. Byli już po kolacji, ale dyrektorka miała im coś jeszcze ogłosić. Dlatego gdy tylko wszyscy zakończyli jeść posiłek, McGonagall powstała z wielkiego, ozdobnego miejsca, które zawsze zajmował Dumbledore i klasnęła w dłonie. Zastawa zniknęła w ułamku sekundy. Starsza czarownica obrzuciła ostrym spojrzeniem twarze siedzących i wpatrujących się w nią uczniów. Jej usta zacisnęły się w wąską linię jak zawsze, gdy była zdenerwowana. Uczniowie natychmiast umilkli. Nie dało się słyszeć nawet najmniejszego dźwięku.
- Mam do ogłoszenia całej szkole niezbyt przyjemną wiadomość – jej głos odbił się echem od ścian. Hermionę zamurowało. Co takiego miała ogłosić profesorka? Czy to było coś naprawdę poważnego?
- Tak się składa, że wczoraj jeden z uczniów Slytherinu popełnił samobójstwo.
            Wszystkie twarze zwróciły się w stronę uczniów Salazara. Hermiona z ulgą stwierdziła, że Draco, Blaise i Pansy siedzą z otępiałymi minami i rozglądają się, kogo też brakuje przy ich stole. Profesor McGonagall ponownie przerwała wrzawę.
- Uczniem tym był niezwykle umiejętny chłopak. Wiele razy zaliczany był do osób z najwyższymi wynikami w całej szkole. Może i był cichy i niedostępny, ale na pewno każdy odczuje jego stratę. Wznieśmy więc toast ku pamięci jednego z najlepszych i najmądrzejszych uczniów Slytherinu.
            Przed obecnymi w Wielkiej Sali pojawiły się pucharki z jakimś napojem. Wszyscy powstali. Kolory domów zabarwiły się na czarny, żałobny odcień. Hogwart razem z nimi ubolewał nad stratą ucznia. Tylko jakiego? Hermiona tak bardzo bała się usłyszeć kim ten ktoś był, a jednocześnie była ciekawa i nie chciała, by McGonagall trzymała ich w niepewności. Dyrektorka podniosła puchar do góry. Uczniowie uczynili to samo.
- Za Teodora Notta! – powiedziała czarownica.
            Podczas kiedy po pomieszczeniu przeszedł szum niedowierzania, Hermionie z łoskotem wypadł puchar z ręki. Hermiona zakryła usta, z których wydał się głośny jęk. Była przerażona. Nott? Ale to niemożliwe. On nie mógł popełnić samobójstwa. Popatrzyła na Dracona, który uważnie zaczął się jej przypatrywać. Był przygaszony jak każdy. Widać było, że dla Slytherinu była to poważna strata. Jednak ona nie mogła zaprzestać przyśpieszonemu biciu serca.
- Hermiono, co się stało? – usłyszała cichy szept Wybrańca nad swoim uchem, ale nic nie odpowiedziała. Ta informacja zbyt nią wstrząsnęła.
- Zapamiętajmy go takim jakim był! – ostatnie słowa profesorki zadźwięczały im w uszach.
Uczniowie powstawali ze swoich miejsc, a w Wielkiej Sali rozległy się dyskusje na temat śmierci ucznia. Zastanawiali się, co go do tego mogło zmusić. Hermiona nie patrząc na nikogo wybiegła z Wielkiej Sali. Wszyscy po raz pierwszy zaczęli współczuć Slytherinowi. Nawet Gryfoni.
            Brązowowłosa prawie biegiem puściła się po schodach, by jak najszybciej znaleźć się w swoim dormitorium. Jej głowę nawiedziły obrazy z pięciu dni wcześniej. Kiedy to rzuciła na Teodora klątwę. Od tamtego czasu go nie wiedziała. A teraz okazało się, że popełnił samobójstwo. Jeśli to było przez nią? Jeśli przez nią ktoś odebrał sobie życie? O, Merlinie, nie mogła znieść tej myśli.
- Hermiona, zaczekaj! – usłyszała głos Malfoya za swoimi plecami. Niechętnie przystanęła. Nie chciała mu spojrzeć w oczy. Chciała znaleźć się jak najdalej od tego całego zamieszania.
- Draco, a co jeśli on… - zaczęła, ale Ślizgon ją przytulił. Musiał ją wspierać.
- To nie jest żadna twoja wina – zapewnił ją.
- Ale to ja rzuciłam na niego klątwę. Jeśli te sny, które go nawiedzały podczas trzech dni śpiączki tak bardzo na niego wpłynęły po przebudzeniu, że nie wytrzymał i… i… się zabił? – wyszeptała. Mimo iż chłopak stał stopień niżej, to spokojnie mogła skryć twarz w jego ramieniu. Malfoy milczał i jeszcze mocniej ją objął.
- Nott miał wiele powodów, by to zrobić. Na pewno nie byłaś osobą, przez którą popełnił samobójstwo.
Nawet jeśli to brzmiało jak puste słowa, które miały tylko na celu pocieszenie dziewczyny, to udało mu się. Hermiona oderwała się od niego i zatopiła w tym szarym, bezdennym oceanie jakim były oczy Malfoya.
- Dobranoc… - wyjąkała i zaczęła wspinać się na górę. Nie zdziwiła się, kiedy Ślizgon poszedł za nią, ale teraz nie miała nic przeciwko. Potrzebowała czyjejś obecności w zaistniałej sytuacji. Chociaż jedyne, czego chciała się pozbyć to ten natrętny głosik w jej głowie.

Zabójczyni.

~~~~~~~~~~~~~~~ 
* zaklęcie wyszukane w Internecie. Jego wytłumaczenie było przeze mnie skopiowane i przerobione. 
Jeśli chodzi o rozdział to... Sama nie wiem, co mam o nim myśleć. Merlinie, ja serio chyba za bardzo mieszam w opowiadaniu, ale nie potrafię inaczej xd 
Starałam napisać rozdział wcześniej, ale nie dało rady, bo przez te wszystkie dni byłam albo poza miastem, albo gdzieś mnie znajomi wyciągali. Ale w końcu mam wakacje, a z nich trzeba korzystać ;)
Pozdrawiam
Sheireen ♥

niedziela, 7 lipca 2013

Hogsmeade

            Hermiona siedziała przy stole Gryfonów popijając ze znudzeniem sok dyniowy. Obserwowała jak w rogu sali Ginny i Blaise rozmawiają z przygnębionymi minami. Przejmowała się tym, że Zabini wyjeżdża, ale Malfoy za nic nie chciał puścić pary z buzi. Co niezwykle ją irytowało. W końcu zobaczyła jak Blaise przytula jej przyjaciółkę i wychodzi razem z nią z Wielkiej Sali. Westchnęła. Nagle ktoś poderwał ją do góry. Aż się zakrztusiła sokiem.
- Koniec tego śniadania, Granger – usłyszała głos Malfoya i się lekko uśmiechnęła. – Zaraz do miasteczka zleci się ta cała hołota z Hogwartu i pozajmują nam najlepsze miejsca.
Spojrzała na niego, a ten się szelmowsko uśmiechnął.
- Nie dokończyłam mojej kanapki – poskarżyła się. Malfoy przewrócił oczami i wziął jej kanapkę z dżemem w rękę, by po chwili wepchnąć jej do ust. Jęknęła z oburzenia.
- Masz swoją kanapkę, ucisz się i wychodzimy – widać był bardzo rozbawiony z jej miny. Wyjęła jedzenie z ust i odrzuciła na talerz.
- Ja dziękuję za taką łaskę - wzięła swoją torebkę i razem z Malfoyem wyszła z pomieszczenia, odprowadzona wzrokiem zdumionych Gryfonów. Jejciu, czy oni wciąż muszą wzbudzać tak wielką sensację? Nie no ludzie, bez przesady.
            Pogoda na dworze była cudowna. Wiosenne słońce mocno grzało ich twarze. Hermiona zdjęła z siebie sweterek i została tylko w zwykłej kwiecistej sukience, którą kiedyś kupiła jej mama. Nigdy wcześniej nie miała sposobności jej założyć. Dopiero w siódmej klasie, dzięki małej pomocy Ginny, przekonała się do spódniczek, bluzek z małym aczkolwiek dekoltem. Nigdy nie lubiła pokazywać swojej figury, którą uważała za okropną, ale wszystko się zmieniło. W końcu była kobietą, a każda kobieta, nawet ona lubiła dobrze i świeżo wyglądać.
Nie wspomniała Malfoyowi o incydencie w bibliotece. W ogóle nie chciała o tym pamiętać, ale nie potrafiła. Nott stanowił dla niej jedną wielką zagadkę. To jak się zachowywał. Zerknęła na Malfoya. Merlinie, jaki on był zabójczo przystojny. Potrząsnęła głową. Nott wspomniał coś o dziewczynie, którą Draco mu odebrał. Która była dla niego tą jedyną. Zagryzła wargę. Czyżby dlatego chłopak tak się zachowywał? Bo stracił kogoś, dla kogo warto żyć? Sama nie wiedziała jakby ona zareagowała, gdyby straciła Malfoya. Bo ta dziewczyna musiała być dla Notta tak samo ważna jak dla niej ten Ślizgon. Stąd ta nienawiść, którą dostrzegła między nimi na boisku do quidditcha.
- O czym myślisz? – usłyszała głos Malfoy, który wyrwał ją z rozmyślań.
- O niczym… To znaczy… O mnóstwie spraw. O wszystkim na raz – odparła.
- Przestań w końcu myśleć – przeczesał jej włosy, a Hermiona skomentowała to oburzeniem.
- Wiesz, że tego nie lubię – poprawiła swoje włosy.
- Wiem, dlatego to robię – uśmiechnął się ironicznie. Prychnęła, ale jej kąciki ust leciutko podniosły się do góry.
- Uuu, jednak się cieszysz – droczył się.
- Wcale nie!
- Właśnie widzę – z jego twarzy nie znikał ten irytujący wyraz zadowolenia. Boże, z kim ona była. Chyba z najbardziej wkurzającym człowiekiem jaki chodził po tej ziemi. Przetrzymała materiał sukienki, który lekko się uniósł pod wpływem nagłego wiatru. Zły pomysł, by ją nakładać. Jak tak dalej pójdzie, to każdy będzie miał okazję podziwiać jej pośladki. Cudownie. Niczego po prostu bardziej nie pragnęła.
Dochodzili właśnie do wioski, która jeszcze nie była tak bardzo zaludniona przez uczniów. Pierwsze, co zrobili to poszli w stronę Trzech Mioteł, by zająć najlepsze miejsca. Zajęli jakieś w kącie, by mieć więcej prywatności. Tam zawsze można było pogadać na wszystkie tematy, nie bojąc się, że ktoś może cię podsłuchać. Przeważnie siadała tam z Harrym i Ronem w poprzednich latach, by omówić wszystkie sprawy, o których tylko oni mieli pojęcie.
            Zajęli miejsce naprzeciw siebie i zamówili napoje. W przypadku Hermiony była to zwykła woda z sokiem. Nie miała ochoty na nic innego. Spojrzała na Malfoya i spytała po raz kolejny.
- Kiedy przyślą te składniki? Wiesz, że nie mamy dużo czasu.
- Jutro już powinny być – odpowiedział i przyjrzał jej się uważnie. Hermiona poczuła się dziwnie odsłonięta. Jakby mógł wyczytać z jej twarzy wszystkie tajemnice. Nagle coś przyszło jej do głowy. Miała pretensje do Malfoya, że jej nie powiedział o listach matki, a teraz sama tonęła w tajemnicach. Musiała poruszyć temat Notta, ale bała się reakcji Malfoya na jej słowa. Nie wiedziała jak to zacząć. Ostatnim razem, kiedy wszyscy troje znaleźli się na jednym korytarzu, Hermiona wręcz magią musiała powstrzymać Malfoya, by nie rzucił się na swojego kolegę z domu. Ale… ona nie mogła mieć przed nim tajemnic. Po prostu to nie było w jej stylu.
- Draco, musimy pogadać – westchnęła. Wiedziała, że tym samym sama poprosiła się o trudną rozmowę. A mogło być tak dobrze. Nie, nie mogło, bo sumienie cały czas jej dokuczało od tamtego czasu. Chciała w końcu pozbyć się tego ciężaru. Spojrzał na nią pytająco.
- Czekam, Hermiono – ponaglił ją. Dziewczyna wstała ze swojego miejsca i usiadła obok chłopaka. Wolała mu zagrodzić drogę, jeśli zawładną nim instynkty mordercze. Oczywiście to były tylko jej przypuszczenia, które w większości mogły okazać się słuszne. Draco nienawidził jak ktoś dobierał się do jego dziewczyny. Może to nie chodziło do końca o nią, ale o to, że kto się do niej dobierał obrażał samego Malfoya. Tak przynajmniej sądziła. No tak. Bo przecież jak można urazić wielkiego Dracona Malfoya. Coś za dużo ostatnio było w niej ironii…
- Obiecaj mi coś – zaczęła na sam początek.
- Przynamniej powiedz mi co – odparł. Nie miał zamiaru obiecywać czegoś z góry.
- Obiecaj mi, że już nigdy nikomu nie odbierzesz czegoś ani kogoś ważnego – spojrzała mu twardo w oczy. Wiedziała, że to było dla niego pewnie bardzo dziwne. W końcu nie codziennie wywiera się na kimś presję, by złożył obietnicę. Na dodatek taką.
- O co ci chodzi? – spytał.
- Obiecaj! – naciskała. Chodziło jej o Notta i o to, że Draco odebrał mu dziewczynę. To było świństwo. Tak się nie postępowało. Dlatego też między innymi chciała mieć jego słowo, że nigdy tego nie zrobi.  
- Dobra, obiecuję, ale mów, o co chodzi – machnął lekceważąco ręką, co niezbyt jej się spodobało. Wszystko wszystkim wzięła się w garść i opowiedziała ze szczegółami, co się wydarzyło w bibliotece. Jak się spodziewała, twarz Malfoya z każdym zdaniem stawała się coraz groźniejsza. Chyba mogła sobie darować te szczegóły, ale przynajmniej kiedy o nich powiedziała to czuła całkowitą ulgę. Przynajmniej nic nie skrywała, a to już chyba jest coś.
- Nienawidzę go. Niech ja go tylko spotkam – wycedził przez zaciśnięte zęby, a w jego oczach szalał prawdziwy ogień. Pokręciła głową.
- Tylko spokojnie – próbowała, ale jak widać jej chłopakowi daleko było do stanu spokojności.
- Mam być spokojny z myślą, że on był tak blisko ciebie i cię dotykał? – warknął. – Do cholery jasnej, Hermiona, zastanów się, co mówisz!
- On chce się zemścić – odpowiedziała. Malfoy zrobił zdumioną minę.
- Jak to: zemścić?
- A tak, że odebrałeś mu dziewczynę, która była dla niego wszystkim. Najwidoczniej dzięki twojemu głupiemu rozumowi on chce teraz wykorzystać mnie do swoich celów – powiedziała niezadowolona. Z ust Malfoya wyrwało się wulgarne przekleństwo. Mimowolnie się skrzywiła. W Trzech Miotłach zebrała się już spora grupka uczniów. Madame Rosmerta z uśmiechem na ustach chodziła między stolikami rozdając napoje i wdając się przy okazji w pogaduszki. Wszyscy rozchichotani i weseli z wolnego czasu poza szkołą.
- Mógłbyś tak nie przeklinać?
Nie odpowiedział najwidoczniej się nad czymś zastanawiając.
- To była zwykła dziewczyna jakich wiele, więc o co mu chodzi? – spytał, zupełnie ignorując jej wcześniejsze pytanie.
Wtedy to w Hermionie się zagotowało. No nie! Jak mogła być z takim egoistą?
- Skoro to była zwykła dziewczyna, to dlaczego chciałeś ją mieć i odebrałeś ją Nottowi?! – wściekła się. Przewrócił oczami.
- To było dawno.
- Co mnie to obchodzi? – syknęła. – Najwidoczniej Nott nie może o tym zapomnieć.
- Skończ, okej? – warknął. – Po prostu idiota na to zasłużył.
Zmierzyła go wzrokiem bazyliszka. Był… Ugh! Był okropny.
- Malfoy – powiedziała z naciskiem. – Nigdy, ale to nigdy nie odbieraj nikomu ważnej osoby, bo w przyszłości za to zapłacisz. – pouczyła go.
Uśmiechnął się kpiąco, co jeszcze bardziej podniosło jej ciśnienie. Miała ochotę zrobić mu krzywdę, ale ostatnimi siłami się powstrzymała.
- Nie udawaj mądrej Granger, bo nią nie jesteś – odparł. Krew zagotowała jej się w żyłach. Nie da się sprowokować. Wiedziała, że Malfoy jest zły, bo broniła Notta i była przeciwko niemu, ale chyba robiła słusznie, prawda? Malfoy zachował się jak ostatni prostak odbierając Nottowi dziewczynę. Nawet jeśli to zdarzyło się tak dawno. Ugh, chyba jeszcze nigdy się nie przekonał jak to jest, gdy zabierze się mu sprzed nosa kogoś ważnego.
- Odezwał się ten mądry – zironizowała.
- Dobrze powiedziane, Granger. W porównaniu do ciebie jestem mądry, ale się nie wywyższam – patrzył jej wściekłym wzrokiem w oczy. Nie zmieszała się. Już dawno przestała się go bać. Wiedziała, że na pewno nie zrobiłby jej krzywdy nawet jakby zawładnęły nim żądze mordu na jej osobie.
- Nie masz jakiej wiedzy i mądrości sobą zaprezentować – warknęła. - Potrafisz zaciągać tylko puste panienki do łóżka. Oto umiejętności cudownego Dracona Malfoya!
- Jesteś głupia – oznajmił. Rzeczywiście się wysilił. Niestety. Wypominanie Hermionie, że jest w jakikolwiek sposób głupia nie było dobrym rozwiązaniem.
- Ty wcale nie jesteś lepszy. Gdybyś się zmienił… - mówiła z wściekłością w głosie. I wtedy jej gwałtownie przerwał. Wszystkie oznaki kpiny przeszły mu momentalnie.
- Nie mam zamiaru się zmieniać, Granger. Dla nikogo. Nawet dla ciebie, więc nie licz na to – popatrzył jej prosto w oczy. Były tak chłodne niczym lód. Na Merlina, Malfoy, co z tobą? Hermiona nie potrafiła uspokoić myśli. Co z nim było nie tak? Och, oczywiście wszystko mogło być dobrze, ale jej się zachciało gadać o tym Ślizgonie. Nie czuła się jednak ani trochę winna temu, że teraz siedzieli naprzeciw siebie i sztyletowali się wzrokiem. Absolutnie nie czuła winy. Malfoy powinien w końcu coś zrozumieć i ona musi mu wpoić to do tego tępego łba. Jednak wzmianka o tym, że nie ma zamiaru się zmienić. Dla nikogo. Nawet dla niej lekko ją zabolała. Nie pokazała tego po sobie, ale jej milczenie było dla Malfoya jednoznaczne.
- Zdziwiona? – spytał chłodno. – Możesz sobie zmieniać ten głupi świat, ale nie zmieniaj ludzi. Najwyżej siebie.
            Zraniło ją to. Zraniło i to całkiem poważnie. Dlaczego? Hermionie w jednej chwili wydawało się, że nie zna człowieka, którego miała przed sobą. Zdawało jej się, że patrzy na tego starego Dracona Malfoya. Tego oschłego, podłego Ślizgona. Nie dopuszczała do siebie myśli, że mógł być najzwyczajniej w świecie zazdrosny o nią i o to, że cały czas gada o innym Ślizgonie. Swoją drogą ona też by się zdenerwowała, gdyby Malfoy gadał non stop o jakiejś Gryfonce. W dodatku takiej, która jest jej wrogiem. Ale teraz miała to gdzieś. Głos Malfoya ociekał takim jadem jak kiedyś, kiedy się do niej zwracał.
- Co z tobą, Draco? – spytała. Jej głos odrżał od emocji.
- A co miałoby ze mną być? – uniósł pytająco brew.
- Zachowujesz się tak… inaczej.
- Zachowuję się jak zawsze – spojrzał na nią z kpiną. Kolejne ukłucie, kolejny ból. Te szare, ukochane tęczówki, które patrzyły na nią tak… ostro. Nie mogła tego znieść.
- Chyba za bardzo się przeliczyłam. Myślałam, że choć trochę się zmieniłeś – odpowiedziała z lekką pretensją. Nie czekała na jego odpowiedź. Kiedy wychodziła, rzuciła tylko krótkie „Miłego dnia, Malfoy” i wyszła na zatłoczone uliczki Hogsmeade. Miała nadzieję, że chłopak za nią nie pójdzie. Nie chciała, by widział jak bardzo zraniły ją jego słowa. Obejrzała się i stwierdziła, że chyba nie może być tak pięknie jakby chciała. Malfoy wyszedł z Trzech Mioteł i ich spojrzenia się spotkały. O nie…
            Szybko odwróciła się do niego plecami i próbowała wtopić się w tłum. Przyśpieszyła kroku. Nagle dostrzegła malutką uliczkę między sklepikami. Natychmiast w nią skręciła. Zwolniła trochę i odwróciła się. Malfoya nie było. Odetchnęła z ulgą i przygładziła sukienkę.
            Jak mógł być taki w stosunku do niej? Przecież ona właściwie nic takiego nie zrobiła. Chciała tylko, by obiecał, że nie zrobi nigdy czegoś tak podstępnego i okropnego. Cóż, przeliczyła się. Najwidoczniej Ślizgoni mają to w naturze. Mogła w ogóle nie zaczynać tej rozmowy. Była głupia. Zepsuła zapewne całkiem miło zapowiadający się dzień. Chociaż to dobrze. W końcu wyrzucił z siebie wszystko, co mu dokuczało. Między nimi chyba nigdy nie będzie prawdziwego spokoju. Czy oni mogą wytrwać tydzień bez kłótni? A podobno przeciwieństwa się przyciągają… Tutaj chyba jest zdecydowanie za duża różnica.
            Szła pustą uliczką, całkowicie zamyślona. Nagle usłyszała za sobą kroki. Serce zabiło jej mocniej. Odwróciła się i zauważyła Malfoya. Po jego minie zauważyła, że zdecydowanie jest zły. A raczej wściekły. Chciała wziąć nogi za pas i uciec przed nim, ale nie zamierzała być takim tchórzem. Przyśpieszyła tylko kroku, by po chwili usłyszeć przekleństwo. Wiedziała, że potrafiła być szybka. Nagle poczuła mocne szarpnięcie w ramię.
- Ałć, to boli, kretynie! – warknęła i szarpnęła się. Uścisk zelżał, ale wciąż był stanowczy. Spojrzała na niego wzrokiem bazyliszka.
- Przestań mnie zabijać wzrokiem, bo ci to nie wychodzi – skomentował jej zachowanie Draco. Przez chwile panowała między nimi cisza, którą przerwał. – Ty serio się obraziłaś? – w jego głosie zabrzmiało niedowierzanie. Prychnęła.
- Och nie! Skądże! – powiedziała z sarkazmem w głosie. – Tylko właśnie przed chwilą potraktowałeś mnie bardzo źle, Malfoy, ale najwidoczniej dla ciebie to jest nic, że przed chwilą dałeś mi do zrozumienia to, iż tak naprawdę nigdy się nie zmieniłeś i wszystko jest dla ciebie takie same...
Słuchał w milczeniu, a ona ciągnęła dalej.
- …Najlepiej zacznij mnie nazywać znów szlamą, a wszystko wróci do normy…
- Zwariowałaś? – wtrącił niezadowolony. Szarpnęła się, by wyrwać ramię z jego uścisku.
- Nie, Draco. Nie zwariowałam.
- To dlaczego się burzysz, skoro do cholery nic takiego ci nie zrobiłem?! – krzyknął. Drgnęła, słysząc jego podniesiony głos. Dreszcze przeszły po jej ciele. Piersi opadały i podnosiły się coraz szybciej z powodu przyśpieszonego oddechu.
- Jeśli dla ciebie potraktowanie mnie jakbym była niczym jest w ogóle nieważne, to najlepiej od razu z tym skończmy – spojrzała na niego pogardliwie. Starała się nie pokazywać tego jak jej głos drży. Za wszelką cenę nie chciała, by w jej oczach błysnęły łzy. I tak za bardzo już pokazywała swoje emocje. Nie miała zamiaru powtarzać tego samego błędu.
- A jak miałem się zachowywać, Granger?! Cały czas tylko gadasz o nim – zdenerwował się. – Może ułatw mu robotę i odejdź ode mnie dla niego, by zadowolić twojego Teodora.
Wciągnęła z oburzenia powietrze. Była pewna, że jej oczy ciskają teraz najprawdziwsze błyskawice, a włosy wyglądają jak naelektryzowane. Kiedy się denerwowała można było ją porównać do prawdziwej burzy.
- Jak możesz tak mówić, Draco? To ty jesteś dla mnie najważniejszy, a nie jakiś Nott, który ma zaburzenia psychiczne – warknęła. Malfoy nie wzruszył się jej słowami. Zacisnęła pięści.
- Jakoś tego nie pokazujesz.
Miała ochotę mu przywalić. Czasami zachowywał się ogrzej niż ona. Zupełnie jak kobieta. No tak, ale jakby rzuciła się na niego z pięściami, to pięknie by mu wszystko udowodniła. Wiedziała, co go zadowoli. Miała nad nim jaką taką władzę i wystarczył tylko jeden jej ruch, a był jej. Malfoy mógł być sobie czystej krwi, mógł być arystokratą, ale wciąż był tylko mężczyzną, który dawno pokazał, że ma do niej słabość. Jakoś nie miała ochoty jednak w ogóle go dotykać.
            Dlatego też najzwyczajniej w świecie się od niego odwróciła i odeszła. Wiedziała, że będzie ją gonić i nie pomyliła się. Domyślała się też, że będzie zdenerwowany. Ale nie spodziewała się tego, że wyląduje na kamiennej, zarośniętej mchem ścianie jakiegoś sklepiku lub domku. Obawiała się, że to pobrudzi jej sukienkę, ale jakoś szybko odwróciła się od tych myśli, kiedy dostrzegła przed sobą rozwścieczonego Malfoya.
- I jak ja mam rozmawiać z tobą jak z człowiekiem?!
- Przyjmij do świadomości to, że może nie chcę z tobą gadać – bąknęła.
- Nie ma mowy – odparł.
- MALFOY! – krzyknęła wytrącona z równowagi, bo chciała pójść dalej, ale ten skutecznie ją zatrzymał. – Nawet się do mnie nie zbliżaj! – ostrzegła go.
- Mam do tego prawo – przypomniał jej.
- Nie masz najmniejszego prawa – odrzekła. Czuła się jakby miała w sobie wulkan, który miał za parę chwil naprawdę mocno wybuchnąć. Draco za dużo sobie pozwalał i bardzo jej się to nie podobało. Był zdecydowanie zbyt stanowczy, ale… Przecież właśnie to jej się w nim podobało, więc Melinie, dlaczego teraz narzeka?
- Jestem twoim chłopakiem, Granger – uśmiechnął się perfidnie, chociaż widziała, że wciąż jest zły na nią i na to, co się teraz między nimi działo.
- Wiesz co? Jesteś okropny – wygarnęła mu. – Perfidny, cyniczny, chamski, egoistyczny…
- Granger… - wtrącił się chłodnym głosem, ale ona go nie słuchała.
- …nie liczysz się z uczuciami innych, masz gdzieś to, co myślą i czują, jesteś absolutnie głupi i…
- Granger, zamknij się! – krzyknął.
Nic sobie z tego nie zrobiła, i wciąż zapewne by wymieniała bardziej obraźliwe uwagi na jego temat, więc najzwyczajniej w świecie, ku jej zdziwieniu przyciągnął ją za ramiona i pocałował cały wściekły. Aż się zdziwiła, że nie poraziła go prądem, kiedy go dotknęła. Malfoy wplótł rękę w jej włosy, a drugą objął ją w talii i przyciągnął jeszcze bliżej siebie. Cieszyła się, że są w dość oddalonym od ludzi miejscu. Miała ochotę go odepchnąć i pokazać mu, że nic sobie z tego nie robi, ale oczywiście nie potrafiła. Była zbyt słaba. Miała zbyt słabą wolę, by przerwać teraz jego pocałunki i jego błądzenie rąk. Uśmiechnęła się lekko i pogłębiła pocałunek. Malfoy był tylko facetem. Jak każdy inny, więc cieszyła się, że zachowała jasność umysłu, bo chłopak pod wpływem emocji zaczął jej podciągać sukienkę. W ostatniej chwili się wycofała.
- Opanuj się, jesteśmy w miejscu publicznym – upomniała go lekko zdenerwowana jego zachowaniem. Czasami był naprawdę nierozważny i dziecinny.  
- Chrzanić to – mruknął, ale ona z podłym uśmieszkiem oznajmiła.
- Nie ma tak dobrze.
Wiedział, że z nią nie wygra. Potrafiła być niezwykle irytująca i stanowcza jeśli chodziło o te sprawy. I chyba właśnie to w niej cenił. Ona jako jedyna nie traciła dla niego głowy jak inne i potrafiła normalnie myśleć w jego obecności. Zauważył, że jej oczy znowu posmutniały.
- Co jest, Hermiono? – spytał. Nie odpowiedziała od razu. Patrzyła się smutnymi, brązowymi oczami w jeden punkt i nagle odezwała się.
- Czy za mało razy udowadniałam ci, że jesteś dla mnie ważny? – mówiła cicho i powoli. Z bólem w głosie, którego nie udało jej się powstrzymać.
- Wiele razy mi to pokazywałaś – orzekł. Jego roztrzepane włosy poruszyły się pod wpływem delikatnego wiatru, a jej loki powiewały swobodnie – O co chodzi? – spytał się jej, bo milczała.
            W końcu zwróciła na niego wzrok swoich brązowych ocząt i uśmiechnęła się lekko, ale najwyraźniej przyszło jej to z trudem. Nie miała ochoty mu mówić o tym jak bardzo jego słowa ją zraniły. I że przez nie, ta cholerna ryska na sercu powiększyła się. Bała się, że jak tak dalej pójdzie to wszystko, co budowali runie. Bała się, że nie będzie mogła być z nim przez jakieś głupie tradycje rodzinne. Bała się, że zostanie sama ze złamanym sercem, bo nie mogła się przecież oszukiwać. On był arystokratą, a ona zwykłą dziewczyną z niemagicznej rodziny. Czy to uczucie z góry nie zostało skazane na niepowodzenie? Och, Hermiono, daj spokój. Dzień jest piękny, rozchmurz się i nie myśl o tym. Draco obiecał, że zrobi wszystko, co będzie w jego mocy. Dlaczego nie mogła w to uwierzyć?
- Chodźmy gdzieś – powiedziała chcąc oderwać się od ponurych myśli. Malfoy nie od razu się zgodził, bo zastanawiało go jej milczenie. Nie był głupi i wiedział, że coś było nie tak. Żałował swojego zachowania, żałował swoich słów, ale miał nadzieję, że nie przez nie tak bardzo cierpi. Przecież dał jej do zrozumienia, że to pieprzona zazdrość uczyniła go takim oschłym. Jego słowa nie były prawdą. Dla Granger mógłby zmienić nie tylko siebie. Dla niej mógłby zmienić cały świat.
 Wyszli na świeże powietrze i przechadzali się po sklepach.
- Wiesz co? Ja naprawdę nie wiem jak ja z tobą jeszcze wytrzymuję – palnęła nagle. Zauważyła szelmowski uśmiech na jego twarzy.
- Po prostu jest ci ze mną dobrze. A co nadal boli cię to, że znów przegrałaś zakład?
Skrzywiła się.
- Wierz mi nie tak bardzo. Bardziej boli mnie to, że chodzę z bardzo fikuśną tchórzofretką – dogryzła mu. Usłyszała jak wypuszcza gniewnie powietrze. Rozbawiło ja to. Może jednak ten dzień nie będzie taki zły? Hermiona chciała wykorzystać go całkowicie. A czy było coś lepszego od zdenerwowania i dokuczania Malfoyowi?
- Nie przypominaj mi o tym – odparł. Zachichotała z rozbawienia. Jego mina była po prostu bezcenna. Odszukała jego dłoń i wplotła w nią swoją rękę. Spojrzał na nią zdziwiony, ale ona tylko się uśmiechnęła. Nagle wszystko stało się piękniejsze. Widok roześmianych ludzi, uśmiech na buzi i obecność ważnej osoby obok mogły sprawić, że zapominało się choć na chwilę o kłopotach.
            Ciesz się życiem, Hermiono. Przecież miałaś wykorzystać ostatni rok szkolny jak najlepiej. Nie zmarnuj tego.

           
Od tamtego pamiętnego dnia minęły trzy dni. Ku uciesze Hermiony, Draco dostał paczką składniki do eliksirów. Na szczęście po wojnie listy i inne przesyłki nie były sprawdzane przez Filcha, więc przyłapanie ich na tym, że znoszą do szkoły rzeczy, które nie nadają się do normalnych eliksirów było nieprawdopodobne.
Hermiona spojrzała na zegarek, który stał w jakiejś starej, opuszczonej klasie. Siedziała na ławce, a obok siebie postawiła kociołek. Na kolanach otworzyła książkę i wpatrywała się w instrukcję. Nie wydawało jej się, że ten eliksir był ponad jej możliwości. Owszem, sposób przygotowywania był skomplikowany, nawet bardzo, ale Hermiona wierzyła w swoje umiejętności i wiedziała, że i tym razem uda jej się uwarzyć doskonały eliksir.
Jedyne, co ją powstrzymywało od zaczęcia to nieobecność Malfoya. Poszedł tylko do lochów po składniki i za chwilę miał być. Do cholery właśnie widziała, ile dla niego znaczyła „chwila”. Czekała tutaj prawie pół godziny, a jego ani śladu. Wątpiła, by sobie po prostu olał robotę. Wiedział jak bardzo jej na tym zależy. Ale w takim razie to gdzie on był?! Hermiona oparła się dla wygody o ścianę, wciąż siedząc na ławce. Próbowała się skupić na czytaniu, ale chyba po raz pierwszy jej się to nie udawało. Wskazówki zegara tykały niemiłosiernie głośno, przypominając tym samym o upływającym czasie. Czy on musiał się spóźniać?! Zacisnęła mocniej palce na okładce książki. Czy fakt, że musieli warzyć ten eliksir tylko w nocy nie był dostatecznie motywujący do tego, by się streszczać?
- Malfoy, rusz ten swój tyłek arystokraty… - odparła podenerwowana. Najwidoczniej sam zainteresowany nie miał najmniejszej ochoty się pojawić. Po pięciu minutach w ciszy, Hermiona eksplodowała. Trzasnęła książką i odłożyła ją gwałtownie na biurko. Zeskoczyła z niego i udała się go drzwi. Przed wyjściem rzuciła Zaklęcie Kameleona na kociołek i torbę ze składnikami. Ruszyła wściekła korytarzem. Jeśli za chwilę spotka na nim Malfoya, który jakby nigdy nic będzie się spokojnie przechadzać to nie ręczy za siebie. Chłopak miał niebywałą tendencję do denerwowania jej i to się chyba nie zamierzało zmienić. Szła wściekła korytarzami prosto do lochów.
- Uduszę go… Normalnie go uduszę – powiedziała cicho, chcąc rozładować emocje. Draco nie przejmował się tym, że ona ma szkołę, obowiązki, lekcje oraz własne życie. I tak przez robienie tego eliksiru będzie zarywać noce. Miała nadzieję, że to nie wpłynie na jej wyniki w nauce. Chyba by się załamała, ale dla Ginny wszystko. Mogłaby nawet powtarzać rok, byle pomóc przyjaciołom. Właściwie teraz to robiła. Nadrabiała siódmą klasę, bo rok wcześniej ruszyła na pomoc Harry’emu przy szukaniu horkruksów.
            Przez te rozmyślania nawet nie zauważyła, że na kogoś wpada. Upadłaby na posadzkę, gdy nie to, że czyjaś dłoń chwyciła ją i pociągnęła do siebie. Całkowicie rozbudzona i zdezorientowana tym wypadkiem, spojrzała do góry, by zobaczyć na kogo wpadła.
Przed sobą miała Zabiniego. Chłopak ostatnimi czasy zmienił się. Owszem, wciąż był zabawny i rozśmieszał wszystkich w każdej możliwej chwili, ale czasami Hermiona dostrzegała coś, czego nie powinno być w tym Zabinim jakiego poznała. Kiedy był sam stawał się ponury, schudł. Pytała go parę razy, co się z nim dzieje. Pytała się, czy przypadkiem nie jest chor, żeby poszedł do pani Pomfrey, ale ten odpowiadał jej „To o wiele bardziej skomplikowane, Miona”. Nie naciskała więc. Nie chciała się narzucać, ale bardzo martwiła się o Blaise’a. W tym roku spędzali ze sobą mnóstwo czasu. Niekiedy nawet samotnie, gadając i śmiejąc się. Traktowała go jak brata, którego zawsze chciała mieć. Był jej prawie tak samo bliski jak Harry i Ron. Gdyby wyjechał… Nie wyobrażała sobie życia bez Blaise’a. Razem z Malfoyem wnieśli powiew świeżości i humoru w jej życie.
- Hermiona! Jak dobrze, że jesteś! – zawołał Blaise. Jego głos był zdyszany. Czyżby jej szukał? A może Malfoya?
- O co chodzi, Blaise? – spytała i poprawiła kosmyki włosów, które opadły jej na twarz, gdy prawie spadła na zimną posadzkę.
- Malfoy…
- Nie mam pojęcia, gdzie ten idiota jest – odparła od razu, ale ten pokręcił głową.
- Nie o to chodzi. Ja wiem, gdzie on jest. Chodź lepiej ze mną, bo McGonagall jutro ogłosi śmierć dwóch uczniów!
Hermiona z początku zdrętwiała. Oczy miała szerokie jak galeony. Merlinie, co się działo z Malfoyem?! I dlaczego dwóch osób?

- Prowadź… - powiedziała słabym głosem do przyjaciela. Ten widząc, że ledwo trzyma się na nogach, wziął ją za rękę i pociągnął za sobą. 

~~~~~~~~~~~~~~~ 
Jak zwykle nie mam pomysłu, jeśli chodzi o tytuł notki, no ale mniejsza z tym. Przepraszam, że przerwałam w tym momencie, ale jakbym miała ciągnąć to dalej to notka stałaby się przeraźliwie długa. Jak coś to mam już trochę kolejnej, więc postaram się dodać ją szybciej. Może nawet w ciągu 3 dni ;)
Pozdrawiam
Sheireen ♥